Archiwa tagu: Wielkopolska

Rajdowy marzec – Wielkopolanki i Onufry

Już kwiecień a ja jeszcze nie opisałam swoich marcowych wyczynów podróżniczo-rajdowych. Biję się w piersi i nadrabiam zaległości 🙂

12 marca odbyła się kolejna edycja Rajdu „Wielkopolanki za kółkiem”. Na imprezie zorganizowanej przez Automobilklub Wielkopolski pojawiły się aż 52 załogi liczące ponad 130 uczestniczek, w tym ja i mój nowy kierowca – Karolina. Bazą Rajdu był Tor Poznań, ale rywalizacja toczyła się także na terenie okolicznych gmin powiatu poznańskiego. Oprócz konkurencji typowo samochodowych musiałyśmy wykazać się również innymi umiejętnościami. Wśród licznych atrakcji organizatorzy przygotowali strzelanie do tarczy oraz slalom z taczką, w specjalnych goglach symulujących stan po spożyciu alkoholu. 
Rywalizacja o czołowe lokaty była niezwykle zacięta. Dziewczyny nie oszczędzały ani siebie, ani swoich samochodów podczas czterech prób przygotowanych na Torze.

Nasz bolid dzielnie mknący po Torze Poznań 🙂

W tym rajdzie ważna jest nie tylko rywalizacja, ale także dobra zabawa. Każda z załóg oceniała wygląd samochodów oraz przebrania innych zawodniczek. W tej kategorii bezkonkurencyjny okazał się team „Obelixy”, nie dość, że samochód przyozdobiono w podobizny postaci z kultowego francuskiego komiksu, to jeszcze zawodniczki same były przebrane na podobieństwo silnego Gala. 

W klasyfikacji generalnej Rajdu zwyciężyła ekipa o intrygująco brzmiącej nazwie „Nie mamy prawa jazdy”, tuż za nimi uplasowały się  „Foczki”, my byłyśmy 12 🙂

Natomiast w sobotę 18 marca odbył się „Rajd ks. Onufrego Kopczyńskiego” zaliczany do VI rundy Turystycznych Samochodowych Mistrzostw Polski oraz VI rundy Turystycznego Pucharu Polski. Głównym celem imprezy było uczczenie 200 rocznicy śmierci ks. Onufrego Kopczyńskiego. 

Tradycyjnie już podczas rajdów organizowanych przez Delegaturę Gniezno pogoda nie dopisała i przywitała uczestników obfitym deszczem. Pomimo tego na starcie zameldowało się 19 załóg reprezentujących różne regiony Polski m.in. Białą Podlaską (mój kierowca – Bartek) i Warszawę. Początek zmagań sportowych miał miejsce w rodzinnej miejscowości patrona rajdu – Czerniejewie. Po odprawie z załogami nastąpiło rozwiązanie testu BRD i historycznego, a o godz. 9.30 pierwsza załoga wyruszyła na trasę rajdu.

Czas przejazdu I etapu wynosił 100 minut, a jego meta znajdowała się przed zamkiem w Kórniku. PKP-ami były dwie pierwsze litery nazw mijanych miejscowości, pytania z trasy bez konieczności wysiadania z samochodu oraz pytania tematyczne nawiązujące do patrona rajdu ks. Onufrego Kopczyńskiego – twórcy gramatyki języka polskiego. 

Pozytywne wrażenie zrobił na wszystkich ksiądz proboszcz z Gułtów, zapalony motocyklista, który wszystkim uczestnikom rozdał obrazki św. Krzysztofa. Na zakończenie I etapu organizator zapewnił uczestnikom zwiedzanie zamku kórnickiego wraz z przewodnikiem PTTK Gniezno, który w bardzo ciekawy sposób opowiadał o właścicielach zamku, jego historii, anegdotach rodzinnych oraz słynnej białej damie. Po 45 minutach lekcji historii wyruszyliśmy na II etap zmagań, który dostarczył równie intensywnych doznań. Odwiedziliśmy ciekawe miejsca oraz zapoznaliśmy się z ciekawostkami regionalnymi. Po 49 kilometrach wszystkie załogi bezpiecznie dotarły na metę rajdu w strefie aktywizacji gospodarczej w Czerniejewie, gdzie odbyły się 2 próby samochodowe oraz zadania intelektualne (krzyżówka, układanka). Po tak dużej dawce emocji udaliśmy się do Zespołu Szkół Publicznych w Żydowie, gdzie była baza rajdu. O godzinie 17.00 nastąpiło ogłoszenie wyników końcowych i wręczenie nagród. Nie wiem czy się cieszyć czy raczej martwić, bo zajęliśmy z Bartkiem 4 miejsce, do podium i mojego pierwszego pucharu zabrakło tylko 3 punktów.

Kolejną szansę na dobrą zabawę i puchar będę mieć już jutro. 2 kwietnia odbędzie się kolejny rajd tylko dla pań – „MotoBabki 2017” Trzymajcie kciuki 🙂

Bitwa o Poznań

Wczoraj musiałyśmy dokonać trudnego wyboru – targi podróżnicze Tour Salon czy „Bitwa o Poznań” na Cytadeli. W końcu na korzyć tej drugiej opcji przeważyła piękna pogoda, która zachęcała do spacerów i to, że w inscenizacji brał udział nasz kolega Marcin (Pasjonat Historii). Szybka zbiórka w połowie drogi, polowanie na miejsce parkingowe i już podążamy na miejsce inscenizacji, która zaczęła się z małym poślizgiem chwilę po 13.

„Bitwa o Poznań” zorganizowana dzięki Stowarzyszeniu Poznańska Grupa Rekonstrukcji Historycznej Warta odbyła się z okazji 72. rocznicy zakończenia walk o nasze miasto. Od wielu lat co roku możemy obserwować wojenne zmagania o Fort Winiary.

Po raz pierwszy jej bohaterami byli cytadelowcy czyli cywile, biorący udział w walkach o Cytadelę. W inscenizacji wzięło udział 250 rekonstruktorów. Można było zobaczyć w akcji m.in. armatę̨ dywizyjną ZIS-3 ze zbiorów Wielkopolskiego Muzeum Niepodległości.

fot. PAP/ Paweł Jaskółka

Przyznamy szczerze, że jesteśmy pod wrażeniem organizacji oraz efektów specjalnych, które były doskonałe i wiarygodne, zwłaszcza krwawiące rany. A od huku armat i karabinów jeszcze długo dzwoniło w uszach 🙂 Niestety nagłośnienie było bardzo słabe i nikt z nas nie rozumiał o czym mówi prowadzący.

fot. PAP/ Paweł Jaskółka

Po zakończeniu inscenizacji męska część naszej grupy stwierdziła, że koniecznie trzeba zobaczyć Muzeum Uzbrojenia i plenerowy park sprzętu wojskowego. No w końcu, który facet by odpuścił ekspozycję na której znajduje się kilkanaście egzemplarzy pojazdów wojskowych, kilka samolotów i śmigłowców z okresu powojennego oraz wiele dział i moździerzy różnych typów.

Po „ochach” i „achach” nad różnego rodzaju sprzętem, starszy chłopiec nas opuścił, aby pozałatwiać swoje sprawy, a z młodszym ruszyłyśmy na odkrywanie zakątków Cytadeli (czytaj: szukając placu zabaw).

Cytadela jest jednym z kilku wyjątkowych miejsc, w którym ma się wrażenie, że oddycha się innym powietrzem. Miejscem, które rządzi się innymi prawami…prawami natury. Każda pora roku jest tu przepiękna i widoczna. Czasami w życiowym biegu i natłoku spraw nie zauważamy cudu zmian pór roku, martwimy się tylko autem, które zimą nie odpala, skrobaniem szyb lub zmianą opon. Natomiast tam można odetchnąć, zatrzymać się na chwilę, pospacerować szerokimi alejkami i zacienionymi zakątkami.

Ten największy park Poznania o powierzchni ok. 100 ha, zbudowano w latach 1963-1970 na terenie dawnego Fortu Winiary, a od 2008 został uznany za pomnik historii.

Nazwa „Cytadela” określa teren wzgórza, położonego na północ od centrum miasta. Stanowi on klasyczny przykład dzieła fortecznego, zrealizowanego według tzw. systemu nowopruskiego. Był zasadniczym elementem twierdzy pruskiej, w jaką przekształciły Poznań władze zaborcze.

W 1945 r. fortyfikacje Cytadeli zostały w znacznym stopniu zniszczone, a w latach następnych rozebrane. Na południowym stoku wzgórza urządzono wówczas cmentarz żołnierzy radzieckich.

Dawne czasy przypominają m.in. rzeźby „Braterstwo Broni” dłuta Dimitra Sowy z Charkowa i „Saperzy” Jana Jakóba. Stoi też – uroczyście oddany do użytku w 1986 r. – „Dzwon Pokoju i Przyjaźni Między Narodami”.

Od kilku lat na terenach Cytadeli w okresie wielkanocnym organizowane są z wielkim rozmachem misteria pasyjne przygotowywane przez Poznaniaków (Misterium Męki Pańskiej).

Natomiast dla najmłodszych, oprócz terenu idealnego na spacer jest jeszcze miejsce do jazdy na rowerach, rolkach czy hulajnogach. Znajduje się tu również kilka placów zabaw, w tym wyczekany przez Krzysia „niebieski”, na który w końcu dotarliśmy 🙂

Kilkugodzinny spacer oraz sporo wrażeń zmęczyły nie tylko najmłodszego członka naszej ekipy, ale i nas. A w przyszłym roku Tour Salon w sobotę, a w niedzielę „Bitwa o Poznań”, nie będzie wtedy trudnych wyborów 😉 

Poznań rogalem stoi

Dla Poznaniaków 11 listopada to nie tylko Dzień Niepodległości, ale również Dzień św. Marcina, patrona m.in. dzieci, hotelarzy, kowali, młynarzy, podróżników oraz żebraków i żołnierzy, a także dzień w którym bezkarnie zajadamy się przepysznymi słodkościami.

Tego dnia na głównej ulicy naszego miasta – na św. Marcinie, odbywa się festyn „Imieniny ulicy”.  W swojej obecnej formie istnieje od 1993 roku, jednak tradycją nawiązuje do średniowiecznych obchodów tego święta. W tym dniu ulicą przechodzi pochód na czele ze świętym Marcinem, który przed Zamkiem z rąk prezydenta miasta odbiera klucze. Bez zbędnego patosu, radośnie i pozytywnie.

Imieniny ulicy.

Święty Marcin na białym koniu.
Święty Marcin na białym koniu.
Św. Marcin z kluczem do miasta.
Św. Marcin z kluczem do miasta.

A dlaczego akurat św. Marcin został patronem ulicy i skąd taki szalony pomysł, aby obchodzić jej imieniny?

W XII wieku w Poznaniu powstał kościół pw. św. Marcina. W tych czasach święty cieszył się popularnością właściwie w całej chrześcija-ńskiej Europie. Niewiele później wokół świątyni rozwinęła się osada, którą nazwano – a jakżeby inaczej – Święty Marcin. W jej pobliżu wytyczono ulicę, która do dziś nosi jej nazwę. I która co roku 11 listopada obchodzi imieniny.

O rogalach słów kilka.

Tego dnia Poznaniacy szturmują cukiernie, bo przecież trzeba zjeść tradycyjnego rogala świętomarcińskiego! Te pyszności, o kształcie półksiężyca i wadze od 150 do 250 g, wypiekane są z ciasta półfrancuskiego, nadziewane masą z białego maku i bakalii (migdały, rodzynki, figi i daktyle). Rogale są ozdobione białą pomadą zrobioną z lukru i posypane posiekanymi drobno orzeszkami. W ciągu roku piekarze wypiekają około 500 ton (2,5 mln sztuk!) tego przysmaku, z czego połowa zostaje przygotowana specjalnie na 11 listopada. Swoją drogą rogal najlepiej smakuje właśnie tego dnia. Na wartość kaloryczną opuśćmy zasłonę milczenia, w końcu raz w roku każdy chyba może sobie pozwolić na odrobinę przyjemności i słodkości 😉 

Poznaniacy wiedzą co dobre ;)
Poznaniacy wiedzą co dobre 😉

Nazwy „rogale świętomarcińskie” lub „rogale marcińskie”, dla swoich wyrobów mogą używać tylko te cukiernie, które uzyskały certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, która powstała z inicjatywy Cechu Cukierników i Piekarzy w Poznaniu, Izby Rzemieślniczej i Urzędu Miasta Poznania. W tym roku certyfikat taki uzyskało około 100 piekarni i cukierni.

Te dwie nazwy zostały również wpisane do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w Unii Europejskiej.

 A skąd on się właściwie wziął?

Tradycja wypieku rogali może mieć swe korzenie w czasach pogańskich, kiedy to podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z ciasta zawijanego w bawole rogi. Przyjmuje się, że kształt rogalika nawiązuje właśnie do zwierzęcych rogów. Niektórzy twierdzą, że Kościół przejął ten zwyczaj, łącząc go z postacią świętego Marcina.

Nie wiadomo dokładnie, od kiedy w Poznaniu i okolicach wypieka się rogale. Za datę początkową przyjmuje się rok 1891, kiedy to ksiądz z kościoła p.w. św. Marcina w Poznaniu –  Jan Lewicki, poprosił wiernych, by naśladując świętego, patrona żebraków – w dniu jego święta zrobili coś dobrego dla ubogich.

Na apel kapłana odpowiedział cukiernik Józef Melzer, których upiekł trzy blachy rogali i przyniósł je pod drzwi świątyni. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk, a biedni byli nimi obdarowywani. W kolejnych latach w jego ślady poszli kolejni piekarze – i tak miała narodzić się tradycja wypieku rogali świętomarcińskich, która jest żywa do dziś. Prawdopodobnie jednak rogale wypiekano już wcześniej.

10 listopada 1852 roku w Gazecie Wielkiego Księstwa Poznańskiego cukiernia Antoniego Pfitznera zamieściła następujący anons: „Jutro w Czwartek Rogale nadziewane, po różnych cenach w cukierni A. Pfitznera, ulica Wrocławska”. Przyjmuje się, że Józef Melzer mógł spopularyzować funkcjonujący na mniejszą skalę wypiek rogali.

Legenda o rogalach świętomarcińskich.

Z postacią św. Marcina i wypiekiem rogali wiąże się znana legenda. Według niej – a przecież w każdej legendzie jest ziarnko prawdy – jednemu z poznańskich piekarzy, niejakiemu Walentemu, przyśnił się jadący na białym koniu święty Marcin. Rumak świętego w pewnej chwili zgubił podkowę, którą podniósł Walenty. Zainspirowany jej kształtem, uformował ciasto z migdałami. Następnie upieczone rogale rozdał biednym, pamiętając o postawie świętego, który również wspierał ubogich.

Legendę w zabawny sposób przestawia książka dla dzieci Elizy Piotrowskiej pt. "Legenda o rogalach świętomarcińskich".
Legendę w zabawny sposób przestawia książka dla dzieci Elizy Piotrowskiej pt. „Legenda o rogalach świętomarcińskich”.

Tym z was, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o rogalach lub po prostu lepiej poznać Poznań, serdecznie polecam Rogalowe Muzeum Poznania (KLIK). W muzeum tym poznacie stolicę Wielkopolski, jej specyfikę, język oraz symbole,w kameralnej, swobodnej atmosferze pokazów na żywo.

„Rajd Samochodowy po Ziemi Opalenickiej”

W sobotę 15 października odbył się „Rajd Samochodowy po Ziemi Opalenickiej’ organizowany przez Delegaturę Nowy Tomyśl. Tym razem organizatorzy zaprosili nas na start do Zespołu Szkół w Opalenicy.

Wczesnym rankiem zjawiło się 11 załóg, by rozpocząć zmagania rajdowe.

Po odprawie wyruszyliśmy na trasę, która składała się tylko z jednego etapu, dwóch prób samochodowych i kilku rekreacyjnych, w tym strzelania z łuku i broni pneumatycznej. Po drodze rozwiązywaliśmy również zadania-zagadki, których odpowiedzi należało wpisać w kartę drogową, tym razem organizatorzy postawili na znajomość chemii 🙂 Cześć drogi wiodła przez okoliczne lasy, gdzie ekipy jechały według oznaczeń „na lisa” tj. według znaków zawieszonych na trasie (biało-czerwone wstążki). 

Wielki finał nastąpił w Škoda Autolab przy Głogowskiej w Poznaniu. Po obiedzie mogliśmy zwiedzić Interaktywne Centrum Bezpieczeństwa. Celem wystawy jest zdobycie przez zwiedzających wiedzy z zakresu szeroko rozumianej współczesnej motoryzacji m.in.: ekologii, technologii, innowacji i bezpieczeństwa, a tym samym zmniejszenie liczby wypadków z udziałem polskich kierowców w kraju i zagranicą.

Škoda Autolab to pierwsze tak zaawansowane technicznie i przyjazne Interaktywne Centrum Bezpieczeństwa w Polsce. W każdej z 5 stref można skorzystać z interaktywnych eksponatów, doświadczyć wielu sytuacji drogowych i dobrze się przy tym bawić!

Nawet przyszli kierowcy znajdą coś dla siebie.

Miałyśmy okazję skorzystać z symulatora dachowania – wrażenia niezapomniane. W kontrolowanych warunkach było to dla nas świetną zabawą, jednak mam nadzieję że nigdy nas to nie spotka na drodze. 

Ciekawym doświadczeniem było również sprawdzenie ile różne przedmioty i osoby ważyłyby w czasie wypadku przy prędkości 50 km/h. I tak zwykły smartphone ważyłby 8 kg, natomiast filigranowa 8-latka już 1,5 tony! Dlatego zapinajmy pasy, a przedmioty jak torebki, butelki, telefony dobrze zabezpieczajmy a najlepiej zostawmy w bagażniku.

Jak zawsze bawiłyśmy się świetnie. podczas całego rajdu 🙂

10 000 wejść na bloga!

mapa-swiata-szablon_3724

No i stało się! W niecałe 2 lata blog ten odwiedziło 10 000 osób

Kiedy stworzyłam mariawpodrozy.blog.pl, nie myślałam że aż tak bardzo się on rozwinie, że zyska tylu wspaniałych i wiernych Czytaczy. Na początku miało to być pisanie tylko dla siebie, dla rodziny i najbliższych znajomych, takie porządkowanie wspomnień. A potem działo się coraz więcej i więcej… Wiosną 2016 dołączyła do mnie Monika i wtedy nastąpiło totalne szaleństwo :p Zwłaszcza, gdy oprócz miłości do podróżowania odkryłyśmy w sobie nową pasję – rajdy samochodowe. Tak nam one się spodobały, że na blogu musiała powstać nowa zakładka (Motofanki), gdzie możemy opisywać swoje samochodowe wyczyny.

Nie jesteśmy mistrzyniami pióra (klawiatury?) ani fotografii (zdjęcia głownie made by smartfon), ale robimy to co kochamy i to jest najważniejsze.

A jesteście ciekawi statystyk? 

1. Blog istnieje już od 651 dni, a w tym czasie weszło tutaj  10 000 osób.

2. Pochodziły one z 5 kontynentów.

3. Z 81 krajów świata, w tym nawet tak orientalnych jak Makau, Nepal, Martynika, Polinezja Francuska czy Barbados.

4. Najwięcej odwiedzających pochodziło z: Polski, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemiec, natomiast jeśli chodzi o miasta to prym wiodą: Warszawa, Poznań. Wrocław, Kraków.

5. Najwięcej wejść było 2 sierpnia 2016 – aż 1771!

6. Najchętniej czytają nas osoby w wieku 18-24 lata (27,50%) oraz 25-34 lata (33,50%) i są to głównie mężczyźni (54,15%). 

7. Przez te niecałe 2 lata mogliście przeczytać 33 wpisy.

8. Wśród nich największą popularnością cieszyły się: 

– „Białystok – miasto miłych ludzi”

– „Dalmatyńska eskapada”

– „Podnośnia statków Niederfinov – cud hydrotechniki”

– „Parawaning czyli jak Polak radzi sobie na plaży”

– „Gratka dla miłośników fortyfikacji”

DZIĘKUJEMY wam za waszą obecność, za miłe komentarze, porady oraz dzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Zostańcie z nami i teraz czekamy na 20 000 odwiedzających. 

„I Rodzinny Rajd Samochodowy z Akwenem”

Zgodnie z obietnicą złożoną w poprzednim wpisie z cyklu „Motofanki”, nastąpiła runda trzecia naszych samochodowych zmagań.

09 października 2016 zgłosiłyśmy się na starcie „I Rodzinnego Rajdu Samochodowego z Akwenem” w Koziegłowach (okolice Poznania). Już od samego początku byłyśmy mile zaskoczone. Organizatorzy najpierw spytali się kto jest na takim rajdzie po raz pierwszy, a ponieważ takich osób zgłosiło się sporo, urządzili krótkie szkolenie. Przystępnie i cierpliwie objaśniali czym są i jakie możemy spotkać po drodze Punkty Kontroli Przejazdu (PKP), jak odczytywać itinerer i wypełniać kartę drogową. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że jak dotąd tak szczegółowego szkolenia nigdzie nam nie zaproponowano. Wspominając nasz pierwszy rajd widzimy, że też byłyśmy bardzo przestraszone i zdenerwowane. Z każdym rajdem nabieramy pewności siebie i luzu, który znacznie ułatwia pokonanie trasy i pozwala czerpać z niej więcej przyjemności. No i nie kłócimy się już po drodze w którą to stronę trzeba skręcić…no może tylko trochę :p Po odprawie zawodników i wyjaśnieniu wszystkich wątpliwości można było ruszyć na trasę.

3,2,1..START! Prędkość 25km/h! Do pokonania 45 kilometrów. Inwencja twórcza organizatorów jest godna podziwu. Podczas tego rajdu trzeba było wykonać cztery zadania zręcznościowe i jedno sprawnościowo – samochodowe. Gdy ktoś całe wieki nie rzucał do kosza, tego dnia mógł to nadrobić. Następnie jedna z nas (pilot) odliczała 30 sekund, a druga (kierowca) odbijała rakietą tenisową piłkę. Im bliżej właściwej wartości 30 sekund wskazanych na stoperze, tym mniej punktów karnych. Fajnie, że organizatorzy przymykali oko na pewne niedociągnięcia 😉 Trzecia zręcznościówka to przenoszenie na czas piłek tenisowych za pomocą wioseł. Ostatnie zadanie to określenie na tzw. „oko” wagi 3 przedmiotów (jeden z uczestników pomylił się tylko o 8 gramów!).

Najzabawniejsze i najbardziej interesujące były jednak zadania, które nie wymagały wysiadania z samochodu. Wymagały one od nas niezwykłej spostrzegawczości. Dzięki nim organizatorzy pokazali nam jak piękna jest gmina Czerwonak.

Jeśli organizatorzy w przyszłym roku przygotują „II Rodzinny Rajd Samochodowy z Akwenem”, to na nasz udział na pewno mogą liczyć.

Dziękujemy za wspaniałą zabawę i pozdrawiamy wszystkie ekipy 🙂

Tak witamy jesień, spacerem po lesie

Mówiłeś – włosy masz jak kasztany
I kasztanowy masz oczu blask
I tak nam było dobrze kochany
Wśród złotych liści, wiatru i gwiazd
Gdy wiatr kasztany otrząsał gradem
Szepnąłeś nagle zniżając głos
Odjeżdżam dzisiaj, lecz tam gdzie jadę 

Zabiorę z sobą tę złotą noc, a ja postanowiłam przywitać złoty dzień. Bowiem tak właśnie kojarzy mi się ta pora roku. Jesień, jesienna zaduma, smutek? Dlaczego? Przecież wokół tak pięknie. Co z tego, że niebo zachmurzone, że czasem popada deszcz? Cieszmy się każdą porą roku tak samo, gdyby nie noc nie cieszyłby nas tak bardzo dzień. Zmierzam do tego, że zmiany są konieczne, by doceniać ich kolej.

Jesień wszystko odmienia,
Niesie smutek i łzy,
Lecz zawdzięczam jesieni,
Że kiedyś kwitły bzy.

W tym roku Pani Jesień przyszła z koszykiem pełnym kasztanów i podzieliła się nimi ze mną, w końcu synek czeka na kasztanowe ludziki. Wychodząc naprzeciw dumnej Pani postanowiłam wybrać się na spacer i tak dotarłam w najdalsze zakątki malowniczej miejscowości Starczanowo. Tam zajrzałam nad brzeg rzeki Warty. Byłam ciekawa czy dostanę się do osady Radzim (znajduje się on na wyspie, ograniczonej z jednej strony korytem rzeki Warty, z drugiej bagnistym, częściowo zasypanym w końcu XIX wieku starorzeczem), ale przyznam, że droga tak zarosła, że nie byłam przygotowana na taką przeprawę. Dalej nogi poniosły mnie w kierunku rezerwatu przyrody Śnieżycowy Jar, o którym pisałyśmy już dwukrotnie na blogu, zapraszając w trakcie kwitnienia Śnieżycy Wiosennej. Jeśli ktoś zastanawiał się jak wygląda rezerwat poza sezonem, ma teraz okazję zobaczyć go na fotografiach 🙂

Wybierzcie się do lasu i tam przywitajcie jesień, a może i wy zakochacie się w jej kasztanowych oczach 🙂

 

„Panie za kierownicą”

Czas na rundę drugą. Tym razem świadoma praw i obowiązków wynikających z udziału w rajdzie, podjęłam z Mary wyzwanie.

21 sierpnia Automobilklub Wielkopolski Delegatura w Nowym Tomyślu przygotował Rajd Samochodowy „Panie za kierownicą”. Rajd zorganizowany był w ramach Jarmarku Chmielo -Wikliniarskiego we współpracy z Nowotomyskim Ośrodkiem Kultury. Uczestnicy Rajdu pokonując kolejne etapy przejechali przez miejscowości: Nowy Tomyśl, Stary Tomyśl, Wytomyśl, Lwówek, Wąsowo, Róża, Sątopy, Cicha Góra, a na metę zajechali do Restauracji „Smażalnia Ryb nad Stawem” w Przyłęku.

A nasz szczęśliwy numerek to… Drugi rajd i druga „12-tka”.

Choć nie jestem zatwardziałą feministką, uważam, że jeśli ktoś organizuje rajd „Panie za kierownicą”, to niech za tą kierownicą będą tylko Panie. To moja jedyna uwaga, poza nią stwierdzam, że rajd był bardzo udany i dobrze zorganizowany.

A co za progres! Mianowicie zajęłyśmy 6 miejsce. Okazało się bowiem, że kierowca Opla Astry ma talent do testów sprawnościowo-szybkościowych. Spośród 4 testów 2 razy byłyśmy najlepsze. Brawo dla kierowcy! W tym miejscu dla równowagi powinnam pochwalić panią pilot. Sprawdziła się w zadaniach zręcznościowych takich jak: nawlekanie guzików na rzemyk, odmierzanie 1 litra wody bez użycia miary, czy nawlekanie nakrętek na drut po uprzednim 10-krotnym obrocie z głową w dół. Szaleństwo! Oprócz tego musiałyśmy również sprawdzić jak długo żył proboszcz jednej z parafii mijanych po drodze. Z perspektywy czasu myślę, że trochę za dużo było zadań a za krótka trasa.

Organizatorzy dbali o każdy szczegół, a także o nasze żołądki. Bowiem tuż po rajdzie czekała na nas kawa i pyszne ciasto oraz obiad w  pięknych okolicznościach przyrody.

Po rajdzie udałyśmy się na Jarmark i gdyby nie długa trasa powrotna do domu pewnie zabawiłybyśmy tam dłużej. Już dziś możemy Was zapewnić, że runda trzecia z pewnością się odbędzie, ale jaki tym razem rajd wybierzemy okaże się już wkrótce.

„XIII Rajd św. Krzysztofa”

24 lipca po raz pierwszy wzięłyśmy z Moniką udział w samochodowym rajdzie turystyczno-nawigacyjnym  (XIII Rajd św. Krzysztofa). Monika chyba do końca nie wiedziała na co się zgadza, bo prawie w ostatniej chwili i bez słowa sprzeciwu zastąpiła mojego kierowcę, który z powodów rodzinnych nie mógł tego dnia w nim uczestniczyć 😉

Rajdy turystyczno-nawigacyjne, to jedna z ciekawszych form aktywnego wypoczynku, która daje możliwość zobaczenia interesujących miejsc, sprawdzenia się w roli „nawigatora” oraz poczucia dreszczyku emocji na próbie sprawnościowej. Nie ma więc klasycznego ścigania się jak na rajdach, gdzie o zwycięstwie decyduje głównie czas przejazdu. Każda załoga (minimum kierowca i pilot) otrzymuje na starcie komplet dokumentów, w tym tzw. itinerer. To opis przygotowany w oparciu o strzałki, odległości i znaki graficzne, na którego podstawie załoga musi odnaleźć i przejechać wyznaczoną trasę. Pilot musi wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością posługiwania się mapą i odczytywania wskazówek, co dla niewprawnego rajdowca nie zawsze jest rzeczą łatwą. O tym czy trasa została przebyta przez nas prawidłowo powiadomi organizatorów karta dołączana do itinerera czyli tabela, w której pilot zaznacza wykonane próby i odpowiedzi na pytania, ale też przede wszystkim tzw. PKP czyli punkty kontroli przejazdu.

Przykładowy itinerer.

Po drodze trzeba odnaleźć punkty kontrolne, ułożyć hasło rajdu i wykonać wyznaczane przez sędziów na poszczególnych punktach zadania. Za każdy nieprawidłowy element są doliczane punkty karne, które decydują o zwycięstwie w całym rajdzie. Każda załoga ma na przejechanie trasy identyczny czas wyznaczony przez organizatora. Przykładowo na trasę o długości ok. 40 km jest to zwykle 120 min. Można więc jechać spokojnie nie łamiąc przepisów ruchu drogowego z tym zastrzeżeniem, że kto wyznaczony limit przekroczy po prostu nie ukończy rajdu. Oczywiście do udziału w rajdzie dopuszczone zostają jedynie te załogi, które stawią się na starcie sprawnym i ubezpieczonym pojazdem. Na trasie każda z załóg to normalni uczestnicy ruchu drogowego. Trzeba więc liczyć się z tym, że ewentualne zatrzymanie i ukaranie za wykroczenie na drodze mandatem przez policję może oznaczać wykluczenie z rajdu. 

O godzinie 11 stawiłyśmy się na starcie rajdu, który był usytuowany na Targowisku Miejskim w Mosinie. Tam też odbywała się próba sprawnościowa – jazda na czas wokół słupków. Po całkiem przyzwoitych wynikach osiągniętych na próbie sprawnościowej (brawa dla mojego kierowcy!) i otrzymaniu wszystkich niezbędnych wskazówek i dokumentów, ruszyłyśmy na trasę liczącą 42 km po okolicznych miejscowościach. Po bardzo emocjonującej i momentami burzliwej (czasem jednak mamy inne zdanie) jeździe, dotarłyśmy do mety znajdującej się w „Centrum Motoryzacji Historycznej Zbyszka Koprasa” w Fiałkowie. Tutaj do naszych rąk trafiła kolejna kartka z pytaniami, na które odpowiedzi trzeba było znaleźć dokładnie oglądając eksponaty zgromadzone przez  Koprasa.

Zbyszek Kopras od końca lat 90-tych gromadzi stare pojazdy, Od 2004 r. zajmuje się tworzeniem profesjonalnej kolekcji pojazdów zabytkowych. Gromadzi je,a następnie odrestaurowuje. Pasja kolekcjonerska  pozwoliła mu stworzyć ogromną Kolekcję-Skansen motoryzacyjnych unikatów, samochodów i motocykli. Aktualnie w garażach,a nawet na strychach zgromadzone są historyczne egzemplarze pojazdów, które jeździły po polskich drogach, a także unikaty na skalę światową.  Polonezy, w tym policyjny; Syrenki, w tym jedna z autografem Bohdana Łazuki, bohatera filmu „Kochajmy Syrenki”. Najliczniejsze są Fiaty 126p i 125p w różnych wersjach. Perełkami w zbiorach jest sześć Mikrusów, z czego jeden w idealnym stanie oraz unikalna  replika  wersji Cabrio.  Łącznie kolekcja liczy 330 motocykli, kilkanaście polskich motorowerów, 52 małe Fiaty, 8 Polonezów, 11 Tarpanów, 4 Syreny, 5 Mikrusów. Wszystkie są starannie posegregowane i uporządkowane. Prawdziwa skarbnica.

Polecamy zajrzeć tutaj Ratujmy historię polskiej motoryzacji!

Po znalezieniu odpowiedzi na wszystkie pytania, wypełnieniu i oddaniu kart, udałyśmy się na smaczny obiad. Zawarłyśmy również nowe, ciekawe znajomości i wymieniłyśmy się wrażeniami z innymi uczestnikami rajdu. Oczekiwanie na wyniki minęło bardzo szybko. Oczywiście ze względu na to, że to był nasz pierwszy rajd, nie oczekiwałyśmy zbyt wysokiego miejsca. Udało się zająć 18 miejsce na 24 🙂 Nie jest źle, a następnym razem będzie lepiej.

Sporo informacji o planowanych rajdach i o tym jak np. czytać itinerer można znaleźć na: Automobilklub WielkopolskiPZM – nawigacja i turystyka

Deli Park w Trzebawiu

Zastanawiam się czym jest…czy to zoo, czy park miniatur, czy park gigantycznych zwierząt…ale jakich? Z jednej strony gigantyczny mamut, z drugiej gigantyczna mrówka, a między nimi traktor, fontanna z epoki i zagrody dla zwierząt. Co autor chciał osiągnąć?

Prehistoryczne zwierzaki.
Miniatury. Brama Brandenburska.

W odległości 20 km od Poznania, w miejscowości Trzebaw znajdziemy park edukacyjno – rozrywkowy na 60 000 m² powierzchni. Położony jest na skraju Wielkopolskiego Parku Narodowego, na terenie którego w epoce lodowcowej żyły mamuty, nosorożce włochate i tury.

Niestety nie mogę polecić tego miejsca jako dobrej lokalizacji do wypoczynku. Oprócz dokuczających tłumów, przygniotły mnie i prawie zmiażdżyły finansowo ceny w parku. Pomijam fakt wysokiej opłaty wstępnej. Pytam tylko za co płacę na wstępie skoro każda dodatkowa atrakcja w parku jest ekstra płatna (kolejka dziecięca, koniki pluszowe do jazdy). Jeśli szukasz miejsca, w którym na dziecięce atrakcje możesz wydać dużą gotówkę to idealna lokalizacja.

Oprócz licznych wad na temat których mogłabym się rozpisywać, jeden aspekt zasługuje na uwagę mianowicie Podniebna Eko-Wioska.  Atrakcja ta składa się z systemu domków oraz tarasów zainstalowanych na licznych drzewach połączonych wiszącymi mostami. Dzięki siatkom bezpieczeństwa nasze maluchy mogą się swobodnie przemieszczać. Trasa ma długość 250 metrów. Szczerze polecam rozwiązywanie zagadek ekologicznych i podziwianie okolicznej „zwierzyny”. Podniebny spacer był bardzo przyjemny, ciekawy i inspirujący. Zadbałabym o to miejsce i rozbudowała je, bo jest warte obejrzenia. 

Widok na wejście i zejście z Eko-Wioski.
Spacer kilka metrów nad ziemią był fajną zabawą.
Oprócz leśnej zwierzyny z podniebnej Eko-Wioski można było dostrzec gigantyczne pająki.

Obecne z nami dzieci (2,5 i 8 lat) również były troszkę zawiedzione Deli Parkiem. Miała to być zabawa na większość dnia, a uciekali-śmy stamtąd po niecałych 3 godzinach.

Właściciele Deli Parku powinni pójść w jednym kierunku i na przykład skupić się tylko na prehistorycznych zwierzakach, no i oczywiście dalej inwestować w rozwój Eko-Wioski. A miniatury najpiękniejszych polskich i światowych zabytków zostawić dla Skansenu Miniatur w Pobiedziskach. 

A może ktoś z was, drodzy Czytacze, był już w Deli Parku i może podzielić się z nami swoimi wrażeniami?