Archiwa tagu: wakacje

Popołudnie w Kusadasi

#day3

Po powrocie z Efezu do hotelu i krótkim odpoczynku, miałyśmy czas wolny na samodzielne zwiedzanie pobliskiego miasta i poznawanie “współczesnej” Turcji i jej mieszkańców. Tak więc późne popołudnie i wieczór trzeciego dnia wycieczki spędziłyśmy w Kusadasi.  Z hotelu Tusan do centrum miasta jest kilka kilometrów. Aby nie tracić czasu, razem z kilkoma osobami z naszej grupy wzięliśmy taxi – busa. Koszt to 5 dolarów/euro za całość, więc naprawdę niewiele.

Po turecku nazwa Kusadasi oznacza wyspę ptaków i pochodzi od niewielkiej wysepki niedaleko centrum miasta “Guvercin Adasi”, gdzie znajduje się kamienna twierdza – symbol miasta.
Kusadasi ma bogatą historię, przewijają się przez nią między innymi weneccy i genueńscy kupcy, którzy nazwali to miejsce Scala Nuova. W 1413 r. dla podniesienia rangi miasta wielki wezyr Okuz Mehmet Pasza polecił wznieść tu meczet i hammam Kaleici, mury miejskie oraz karawanseraj. Do dziś można podziwiać pozostałości tych niezwykłych budowli.

Ponieważ nie samym zwiedzaniem i historią człowiek żyje, to dla odmiany można się wyszaleć. Kusadasi to idealne miejsce dla ludzi młodych duchem. Centrum słynie z bogatego życia nocnego. Pełno tu barów, tawern, pubów, barów karaoke, lokali z muzyką turecką, klubów tanecznych i dyskotek.

Kusadasi było miejscem, w którym najbardziej udało nam się odczuć „tureckiego” ducha. Jak tylko wchodziło się do alejki ze straganami na jednym z wielu bazarów  i między sobą rozmawiało:
– Czego szukasz, co chcesz kupić?
– Chyba potrzebuje małej torebki.
To już do końca alejki wszyscy proponowali torebki. I to nie delikatnie. Śródziemnomorska kultura jest nieco inna niż europejska, tutaj kontakt fizyczny jest naturalny. Jak gdyby nikt nie miał czegoś takiego jak przestrzeń osobista. Podejrzewamy, że gdybyśmy chcieli Turkom wytłumaczyć, by nie zbliżali się za bardzo ponieważ wtedy czujemy się niekomfortowo, mogliby tego nie zrozumieć. Zatem łapali nas za ręce, zaglądali głęboko w oczy, komplementowali na każdym kroku, wypytywali skąd jesteśmy, żeby w końcu zadać to pytanie, czy jesteśmy zamężne. Wtedy radzimy brać nogi za pas :)
Czasami skuteczne okazywało się zasłonięcie włosów chustą, ale i ten sposób zawodził. Jednak nie można nie oddać tym ludziom serdeczności, wśród ich uśmiechów i żywiołowości można odczuć prawdziwą radość. Dlatego tego dnia odczuwałyśmy niesamowitą satysfakcję z aktywnie i pożytecznie spędzonego czasu.

Amulety z Okiem Proroka.

Akurat 23 kwietnia w Turcji był obchodzony Dzień Niepodległości i Dzień Dziecka, dlatego w całym mieście odbywały się różne koncerty, imprezy. Cały czas mijaliśmy rozbawione tureckie rodziny, w których zabawie mogliśmy uczestniczyć.

 

Phanta Rhei…

#day3

Phanta Rhei – wszystko płynie, nic nie stoi w miejscu…
To jeden z najsłynniejszych cytatów Heraklita, pierwszego greckiego filozofa, który pochodził z Efezu.

Efez to najlepiej zachowane starożytne miasto w Turcji. Miasto, w którym można chodzić po zabytkach antycznego świata, a nie tylko podziwiać je z daleka.
Przejść się po agorze, ulicy z marmuru, wejść do biblioteki Celsusa, a także zasiąść w antycznym teatrze na 25 tys. widzów, gdzie swoje kazania wygłaszał św. Paweł. W części rządowej miasta warto zwrócić uwagę na starożytny sejm, szpital i liczne świątynie, natomiast w części publicznej na rzymskie łaźnie czy słynne toalety. To tutaj można zobaczyć Bazylikę Św. Jana z jego grobowcem a także pozostałości po ogromnej świątyni Artemidy – największej świątyni świata pogańskiego na świecie.

Efez to miasto jońskie, którego założycielem wg legendy był Androklos, syn ateńskiego króla Kordusa. Przed wyprawą do Jonii, otrzymał od wyroczni wskazówkę dotyczącą miejsca założenia miasta. Miało ono powstać w miejscu, które „wskaże jemu ryba i dzik”. Zgodnie z mitem, na wzgórzu Pion, niedaleko ujścia rzeki Kaystron, spotkał przy ognisku rybaków piekących ryby. Jedna z ryb podskoczyła a rozpryskujące się iskry zapaliły pobliskie zarośla. Ogień spłoszył kryjącego się w nich dzika. Miasto zostało założone w IX w. p.n.e..Władali nim Hetyci, Grecy, Persowie, Rzymianie i w końcu Turcy.

Efez jest uważany przez współczesnych historyków sztuki za najlepiej zachowane miasto starożytne w rejonie Morza Śródziemnego. Ruiny dotrwały do naszych czasów w zdumiewająco dobrym stanie, mimo kilkukrotnych trzęsień ziemi, które nawiedzały ten region. Zachował się układ ulic, podział na część kulturalno-polityczną, świątynną, mieszkalną, handlową i rozrywkową.
W 2015 roku Efez został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Maria w Efezie 🙂

W Efezie można również natknąć się na jedną z najstarszych „reklam” domu publicznego. Na jednej z marmurowych płyt wyżłobiono wzorzec, według którego wstęp do domu publicznego mieli tylko ci mężczyźni, którzy mogli pochwalić się… stopą, większą niż ta wyrzeźbiona. Stopa była drogowskazem, pokazywała kierunek do domu schadzek.

Toaleta publiczna.

Po zakończeniu zwiedzania, które trwało ok. 4h nasza grupa podzieliła się – część pojechała do domu Marii Dziewicy około 7 km od Selçuk, a reszta została odwieziona do hotelu, gdzie mogła oddać się lenistwu lub wybrać na zwiedzanie według własnego planu. Chyba łatwo zgadnąć co wybrałyśmy 🙂

Rejs po rzece Dalyan

#day2

Śniadanie, zbiórka w autokarze i ruszamy na dalsze poznawanie Turcji. Humory wszystkim dopisują, tym bardziej, że na ten dzień zaplanowany jest rejs i wizyta na plaży Iztuzu, która według rankingu Tripadvisor należy do najpiękniejszych w Europie.
Z rybackiej wioski Dalyan do plaży Iztuzu można dopłynąć rzeką, która wije się wśród labiryntu setek wysepek, otoczona bujną roślinnością. Delta rzeki widziana z góry tworzy niesamowity, zapierający dech w piersiach krajobraz.
Podczas ok. godzinnego rejsu można podziwiać przepiękne widoki, jak np. grobowce likilijskie w Kaunos, wkomponowane w urwiste skały.


Największą atrakcją tego regionu jest jednak to, że jest to strefa ekologiczna, idealna dla osób chcących zaznać prawdziwego spokoju na łonie przyrody, w najbardziej „zielonym” miejscu Turcji.

Plaża Iztuzu ma ok. 6 km długości i z jednej strony oblana jest ciepłymi wodami Morza Śródziemnego, a z drugiej strony dużo chłodniejszymi wodami rzeki Dalyan. Nazywana jest również Plażą Żółwi, ze względu na swoich mieszkańców.
Każdego roku w to miejsce przypływają samice żółwi Caretta Caretta, aby złożyć jaja. Małe żółwiki wylęgają się w nocy i podążają w kierunku wody przy świetle księżyca.
Okres lęgowy żółwi to maj-sierpień, więc niestety my w kwietniu ich nie spotkałyśmy. Trzeba będzie wrócić tutaj w innym miesiącu 🙂

Monika i jej kolejny cel podróży.

Wieczorem docieramy do Tusan Beach Resort w okolicy barwnego i tętniącego życiem miasta Kusadasi.

Z wizytą u św. Mikołaja

#day1

Trasa naszej 7-dniowej objazdówki po Turcji przebiegała początkowo drogą wzdłuż wybrzeża. Z drogi tej rozpościerał się wspaniały widok na Morze Śródziemne i strome szczyty gór Taurus.
Podziwiając tak wspaniałe widoki, dotarliśmy do Demre. Miasteczko to, liczące około 16 tys. mieszkańców, znane jest z ruin starożytnego miasta Myra – słynnego z najwspanialszych licyjskich grobowców skalnych.

Myra, w starożytności, należała do największych miast Licji. W czasach rzymskich była stolicą prowincji. Odwiedzali ją liczni cesarze. Święty Paweł około 60 roku n.e. spędził tu trochę czasu, nauczając. Liczne powodzie, trzęsienia ziemi, najazdy Arabów, doprowadziły do upadku a potem opuszczenia miasta w XI wieku.
Ruiny Myry odkryte zostały dopiero w 1840 roku. W czasie prac archeologicznych udało się odkopać pochodzące z przełomu V i IV wieku p.n.e. liczne grobowce skalne. Część z nich wykuto na kształt domostw, inne zaś przypominają swoim wyglądem świątynie. Obecnie grobowce są wyblakłe, jednak kiedyś były pomalowane na jaskrawe odcienie fioletu, błękitu, czerwieni oraz żółci. To musiał być dopiero widok!

Ponadto na terenie ruin znajduje się także okazały rzymski amfiteatr (największy w całej Licji) oraz pozostałości akropolu z murem obronnym i tronem skalnym.
Pierwszy teatr został zniszczony podczas trzęsienia ziemi w 141 r. n.e. Miasto było bogate, więc szybko go odbudowano i to z wielkim rozmachem. Amfiteatr ma średnicę 110 metrów, a widownia składa się z 36 rzędów. Cała budowla, a zwłaszcza scena, była bajecznie zdobiona. Obecnie elementy rzeźbień są rozłożone na ziemi przed amfiteatrem.

Warto delektować się tym miejscem. Usiąść na widowni amfiteatru, zamknąć oczy, zobaczyć w wyobrażani sztuki jakie tu wystawiano, dać się porwać przez wiwatujący tłum.

Odwiedzając Demre warto także zajrzeć do wspaniałej bizantyjskiej bazyliki św. Mikołaja. Świątynia ta wzniesiona została w w IX wieku na polecenie cesarza Konstantyna IX (1000-1055). Przypuszcza się, że to właśnie w tym kościele w sarkofagu złożone zostały po śmierci relikwie św. Mikołaja.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do hotelu Castle Resort and Spa w Sarigerme, gdzie czekało na nas wiele kolejnych atrakcji 🙂

Turcja – kraj szafranem pachnący

Turcja od dawna była na mojej liście „Must see”, ale na jakiejś dalszej pozycji. Myślałam, że w tym roku zobaczę Gruzję lub Maroko, o których marzę od dawna.  Jednak kiedy na początku roku Monika przesłała mi kilka ofert wyjazdu do Turcji i padło pytanie „Jedziemy, prawda?”, chęć kolejnej podróży i zobaczenia nowych miejsc była tak duża, że się zgodziłam. Wybrałyśmy Wybrzeże Likijskie. Spontanicznie. Dopiero potem zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam. Kierunek w sumie ok, bezpieczny, poza tym moja ulubiona forma odpoczynku czyli objazdówka. Ale biuro jakieś nieznane, a jak nas zostawią gdzieś na lotnisku albo będziemy mieszkać w tragicznych warunkach… Obawy, jak się później okazało, zupełnie bezpodstawne. Ostatecznie były to jedne z moich najlepszych wakacji w życiu, chociaż wiadomo że i niewielkie minusy też się pojawiły.

Nasza „babska” wyprawa zaczęła się 20 kwietnia 2019 na warszawskim lotnisku Chopina, skąd tureckimi liniami Onur Air dostaliśmy się do Antalyi. Ponieważ wylot był późnym popołudniem, w Turcji byliśmy dopiero ok. 23. Odbiór bagażu, spotkanie z przedstawicielem biura i podział na grupy, których w sumie było 6, ale część jechała w inne zakątki kraju i tylko pierwszą noc spędziliśmy razem.  No i tak trafiłyśmy do naszego „P3”, razem z 26 innymi podróżnikami 🙂 Po zajęciu miejsc, pewnie każdy myślał już tylko o odpoczynku i szybkim dotarciu do hotelu. Ale o spokoju można było tyko pomarzyć, to wszedł ON – Halil Elci, jak się potem okazało wymarzony przewodnik wycieczek 😉

Halil – rodowity Turek, ale kochający Polskę i Polaków. Mieszkał w naszym kraju przez pół roku pilnie ucząc się polskiego, którym teraz włada biegle. Myślałam, że po pani Ninie, która 5 lat temu oprowadzała nas po włoskich miasteczkach, już nigdy nie trafię na tak dobrego przewodnika, a tu taka niespodzianka.

No i nie było drzemki w drodze do hotelu, tylko nauka podstawowych zwrotów po turecku. Już chyba zawsze będę pamiętać, ze „Günaydın” to „dzień dobry”, ale tylko do 10, potem to już trzeba powiedzieć „Iyi günler”. A gdy chcemy komuś za coś podziękować to z uśmiechem mówimy „Cok teşekkür ederim”… I tak ćwicząc o północy swoje języki i zdolności językowe docieramy do Grand Ring Hotel, naszej kwatery na pierwszą noc. Po powitaniu i rozdaniu kart do pokojów, kolejne zaskoczenie – mimo tak późnej pory, na polskie grupy czekała kolacja. Objedzone i nieziemsko zmęczone, idziemy spać około 1.30, aby kolejnego poranka wstać o 6.40 i ruszyć na podbój kraju szafranem i anyżkiem pachnącym 🙂

Nie wiem ile dokładnie przejechaliśmy kilometrów podczas tego tygodnia, ale z moich obliczeń z wujkiem Google wychodzi, że ponad 1100 km. W czasie przejazdów nudy nie było! Wiadomo, piękne widoki za oknem, ale nie tylko…

Halil, tak jak pani Nina potrafił bardzo szybko zintegrować naszą grupę, praktycznie od razu staliśmy się „rodziną”, jak potem często o sobie też mówiliśmy.  Większość grupy to osoby 60+, więc oprócz 14-letniej Wiktorii, byłyśmy z Moniką najmłodsze. Ale dzięki niemu nie było czuć tej różnicy, wszyscy świetnie się dogadywali i bawili.  Każdego dnia w drodze do zwiedzanych miejsc, oprócz opowieści o tym gdzie właśnie jedziemy i historii tego miejsca, mieliśmy też „wykłady” na inne ciekawe tematy. Tak więc był dzień z opowieściami o tureckich ślubach i pogrzebach, dzień o islamie, a także o pierwszym prezydencie Turcji – Ataturku. Dowiedzieliśmy się też ile kosztują mieszkania w Side czy ile zarabia np. nauczyciel oraz o tym, że prawie wszystko pochodzi z Turcji, nawet Czerwony KapTUREK 😉

Nigdy nie miałam w zwyczaju, aż tak chwalić biur podróży, ale tutaj mogę zrobić to z czystym sumieniem. Sama na pewno jeszcze nie raz skorzystam z wycieczek do Turcji organizowanych przez Premio Travel.

A was zapraszam do lektury kolejnych wpisów, w których postaramy się pokazać, jak fascynująca jest ojczyzna Ataturka.

 

 

Oszalałaś?! Z dziećmi na Woodstock?

Wystarczy powiedzieć lub napisać: Przystanek Woodstock, a niektórych już krew zalewa. Największe emocje wzbudza oczywiście wątek polityczno-ideowy oraz finansowy. Nie mniej czasu poświęca się na dyskusje na temat bezpieczeństwa podczas trwania festiwalu. Przecież to doskonałe warunki dla dilerów, a alkohol leje się strumieniami. Kradzieże, rozboje? Czyżby? Oczywiście jest w tym ziarno prawdy, ale żeby rzetelnie podejść do tematu warto spojrzeć na policyjne statystyki. Według danych policji z zeszłego roku, na Woodstocku pojawiło się prawie 400 tysięcy ludzi. W 18-tysięcznym Kostrzynie wyrosła prawdziwa metropolia. 

Woodstock

Policjanci zarejestrowali 256 sytuacji zakwalifikowanych jako wykroczenia. 232 zakończyły się mandatami, a na 24 osoby sporządzono wniosek o ukaranie do Sądu. Głównie chodzi tu o spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, zaśmiecanie, używanie słów nieprzyzwoitych, nieobyczajne wybryki, kradzieże, zakłócanie ładu i porządku publicznego oraz przewinienia związane z ruchem drogowym.

Zdarzeń nie jest więcej, niż w przeciętnym mieście, w którym jest tylu mieszkańców, ilu przyjechało na Przystanek Woodstock! 

Trzeba uważać jak wszędzie. Mnie w grudniu okradli w biały dzień w centrum Wiednia, ale to przecież nie spowoduje, że będę krytykować całą Austrię i siedzieć w domu. A tym bardziej nie należy tego robić, jeśli się nie było w danym miejscu osobiście. 

Sama nie jestem stałą bywalczynią błotnej areny pod kostrzyńską sceną. Ale moja koleżanka Agnieszka jeździ tam od lat i zna festiwal od podszewki. Dlatego teraz udostępniam jej klawiaturę, żebyście mieli informacje z pierwszej ręki 😉

Z dzieckiem na WOODSTOCK!? A co! Gdy powiedziałam znajomym i rodzinie, że w weekend 3-5 sierpnia wybieram się z chłopakami na Woodstock zaczęła się fala krytyki płynącej w moją stronę i stronę Przystanku Woodstock.

Ale jak to, przecież tam pijacy i ćpuny są?!!!
Dzieci narażać na takie widoki?!
Przecież jak one tam będą spać?
Wrrr….. Kto nie był niech zamilknie! 

To kolejny rok w którym wybrałam się z dziećmi do Kostrzyna nad Odrą. W tym roku z powiększoną ekipą (roczny Hobbit i trzynastoletni Elf, który wyciągnął kumpla z klasy). Troszkę się bałam jak to ogarnę? Jak być na koncercie z juniorem? 

Najgorsza chyba była trasa do pokonania z Poznania do Kostrzyna nad Odrą (180 km)  z rocznym bąblem, ale daliśmy radę. Dojechaliśmy w południe do naszego stałego punktu – parkingu poza terenem Przystanku. Cisza, spokój, można rozbić namiot, dostęp do wody, punkt gastronomiczny,  toalety.  Po rozbiciu namiotów, rozpakowaniu tobołków przyszedł czas by pokazać juniorowi inny świat 😉 Inny, bo wesoły i kolorowy. Hobbit był zachwycony. Miliony przybitych  „piątek” i „żółwików”, uścisków, buziaczków w czółko. Morze okazanej mi i Hobbitowi radości, przyjaźni, miłości. Na każdym koncercie tańczył, a raz udało mu się troszkę pospać. 

Ponadto dzieciaki w Akademii Małego Podróżnika mogły skorzystać z warsztatów etnograficznych, manufaktury recyklingu, rysowanek, malowania twarzy. Oprócz tego w ramach akcji „Kino za Rogiem” można było zobaczyć różne filmy animowane. Fundacja „Viva!” z kolei zadbała o to, by najmłodsi mogli poszerzyć swoją wiedzę z zakresu praw zwierząt. Będą mogli skorzystać ze specjalnych interaktywnych quizów.

Starszy syn i tak głównie krążył ze swoim kumplem. Robił za „przewodnika ” jako stały bywalec. Nie bałam się o nich, bo raz – jeden i drugi znał numer telefonu do mnie, dwa – byliśmy umówieni na kontakt co godzinę, a trzy – co krok był Pokojowy Patrol (KLIK). Chłopaki mieli swoje sprawy do obgadania, chcieli też kupić sobie jakieś  gadżety, a tych było co nie miara (KLIK).

Na posiłki spotykaliśmy się i wszyscy szliśmy razem do Krishnowców lub innych punktów gastronomicznych, które były na miejscu. Było w czym wybierać, od pyrów z gzikiem, zupy do pizzy.  Śniadania i kolacje jedliśmy przy namiotach. Zabraliśmy ze sobą pieczywo i coś na chleb. Na miejscu jak zawsze był też Lidl otwarty przez 24 h na dobę w którym można było kupić owoce, jogurty, pieczywo czy wodę.

Niestety z racji rocznego brzdąca około godziny dwudziestej drugiej lądowaliśmy  na kempingu/parkingu. Sen wzywał juniora. My zresztą też szykowaliśmy się do snu, rano czy chcieliśmy czy nie junior budził wszystkich. 

Hmm… Czy warto jeździć z dziećmi? Czy jest sens? Pewnie, że jest. Najlepiej w kilka rodzin. Zawsze można się wymieniać, gdy ktoś chce iść na dany koncert, ktoś  nie pije alkoholu dziś a jutro ta druga osoba sobie wypije… Oczywiście jeśli ktoś chce. Będąc z dzieckiem na Przystanku Woodstock koniecznie trzeba zaopatrzyć się w krem przeciwsłoneczny, nakrycia głowy dla nas i dla dziecka, jedzenie  np. mleko w proszku, gotowe deserki i obiadki, ulubione zabawki naszego szkraba ( u nas w takich sytuacjach sprawdzają się idealnie ). Na co uczulam, nieważne dokąd się wybieramy z naszymi pociechami, to fakt żeby starsze dziecko znało nasz numer telefonu na pamięć a młodsze dzieci miały go zapisanego na specjalnej opasce zakładanej na rączkę. I jeszcze coś, bez czego nie ma co się wybierać na Woodstock – radość, miłość i przyjaźń! 

Energylandia – rozrywka dla całej rodziny

Lubicie wesołe miasteczka? Ja bardzo! Po wizycie w kilku za naszą zachodnią granicą (m.in. Heide Park, Legoland), przyszła pora żeby odwiedzić największy park rozrywki w Polsce. A w testowaniu tego stosunkowo nowego przybytku uciech i zabaw pomagała mi córka mojej przyjaciółki, 10-letnia Weronika. Również dzięki tej malej gadule kilkugodzinna podróż minęła jak jedna chwila, a ja jestem bogatsza o wiedzę o królikach, chomikach, koniach i innych czterołapnych 😉 Bardzo bałam się o pogodę, ale miałyśmy szczęście, nie było ani upału ani deszczu. Niebo przez większą część dnia było zachmurzone, ale było ciepło i przyjemnie. 

Wejście do Energylandii.

Energylandia mieści się w Zatorze, mieście pomiędzy Katowicami a Krakowem. Na ponad 26 hektarach (docelowo 112 ha) znajduje się łącznie ok. 80 atrakcji przeznaczonych dla wszystkich grup wiekowych, w tym 10 rollercoasterów, liczne karuzele i urządzenia ekstremalne, a także restauracje, bary, sklepy z pamiątkami oraz sceny, na których prezentowane są krótkie widowiska. Park dzieli się na cztery strefy: Bajkolandię, Familijną, Ekstremalną i od 2016 w skład wchodzi również Water Park. 

Miłośnicy mocnych wrażeń mogą wsiąść na rollercoaster Mayan – największy w naszej części Europy rollercoaster. Prędkość wagoników w tej kolejce wynosi 80 km/h a przeciążenia podczas przejazdu sięgają nawet 5g. To uczucie którego doświadczają piloci myśliwców. Wysokość konstrukcji wynosi prawie 75 m wysokości co odpowiada 10- piętrowemu wieżowcowi. Równie ekstremalnych wrażeń doznamy na kolejce Formuła 1. Niezapomniane kilkanaście sekund! 

Z kolei na tych, którzy wolą spokojniejszą zabawę czeka m.in. Pyramid Cinema 7D i Planetarium.

Jeśli chcecie korzystać z urządzeń wodnych, polecam zabrać ubrania na przebranie lub peleryny przeciwdeszczowe. My po wizycie na spływie Kopalnia Złota i Splash Battle byłyśmy totalnie przemoczone. Można również za 5 zł wejść do ogromnej turbosuszarki.

Ceny biletów przystępne: normalny 109 zł, ulgowy 59 zł. Są też rożne zniżki np. dla osób niepełnosprawnych czy kobiet w ciąży. Niestety w sezonie letnim, w Energylandii nawet w tygodniu można spotkać tłum ludzi, a kolejki do niektórych atrakcji sięgają aż 60 minut. Przez to niestety nie udało nam się skorzystać z wszystkich. Może nadrobimy to w przyszłym roku, ale na pewno już poza sezonem wakacyjnym 

Punkt widokowy „Domek elfów”.
Energuś – kolejka dla całej rodziny.
Battle Splash.
Atlantis – dzika rzeka.

Boomerang.
Formuła 1.

Felicità di l’Italia cz.2 – Śladami miłości, czyli legendy Werony

Ahoj Panie Kapitanie!!! Ups…to nie ta bajka, rejs się już skończył. Teraz pora na romantyczną historię miłosną, czyli pewnego dnia w Weronie.


Przypuszczam, że większość z was zna dramat Williama Szekspira „Romeo i Julia” i najsłynniejszą parę kochanków. Ja do dziś wspominam, z filmowej adaptacji utworu, przystojnego Leonardo DiCaprio w roli Romeo 😉

Ogród Kapuletów. Wchodzi Romeo.

ROMEO
Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
O! gdybym mógł być tylko rękawiczką,
Co tę dłoń kryje!

JULIA
Konflikt, Krew, Miłość, Rodzina

Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
Lub jeśli tego nie możesz uczynić,
To przysiąż wiernym być mojej miłości,
A ja przestanę być z krwi Kapuletów.

Tam byłam, w ogrodzie Kapuletów, patrzyłam na przepiękny balkon Julii, a nawet na nią samą. Już chciałam wejść na balkon i wołać mojego Romeo
”Gdzieżeś jest Ukochany?” gdy dowiedziałam się straszliwej prawdy.
W czasach, w których teoretycznie żyli sławni kochankowie nie było tego balkonu, wtedy czar prysł… Nie to jednak było najgorsze. Nie ma ewidentnych dowodów na to, że Julia, czy Romeo naprawdę żyli, to był prawdziwy cios. Nie żebym wierzyła w prawdziwość tych postaci, a przede wszystkim ich miłości, ale było to tak pięknie miłe wyobrażenie 🙂 Miałam nadzieję, że ktoś taki żył i był ich pierwowzorem, jednak są to postaci w pełni fikcyjne. Wszelako rodziny Capuleti i Montecchi są prawdziwe (ulice od ich nazwisk również) i miłość – ona zawsze jest realna. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym czy miłość może być zmyślona? Otóż autor nieważne czy dramatu, romansu, kryminału nie napisałby tak pięknie o miłości gdyby jej nie znał. Ona zawsze istnieje, dlatego jestem przekonana, że taka para kochanków jaką opisał Szekspir żyła w swoich czasach. Stało się! Znowu odpłynęłam trochę za daleko. Poniosło mnie.

Balkon Julii.

Najistotniejsze to legenda, która dotyczy Julii, a zapewne większości nieznana. Otóż naturalnej wielkości posąg Julii stoi pod jej balkonem w ogrodzie i mówi się, że kto złapie za jej prawą pierś i wypowie życzenie może oczekiwać jego spełnienia. Warunkiem jest prawdziwość pragnienia oraz tematyka, ponieważ spełniają się tylko marzenia miłosne. Możecie mi wierzyć na słowo, że kolejka do posągu momentalnie powstała ogromna. Do dziś jednak zastanawia mnie fakt, w jakim celu ustawiali się tam kobiety i mężczyźni w związkach małżeńskich w każdym wieku? Szukali przygód? Kto wie… Taka ciekawostka – prawdopodobnie po raz ostatni w tym roku obmacywanie Julii było bezpłatne. Natomiast wejście na balkon aktualnie kosztuje 7 EUR (czerwiec 2017).

Naturalnej wielkości posąg Julii.

Sama Werona jest po prostu urocza. Małe uliczki, niektóre bardzo eleganckie, wyłożone marmurem. Gustowny ryneczek z pamiątkami wszelakimi (mnóstwo drobiazgów o tematyce bajki „Pinokio”). Werona jest jednym z najbogatszych miast północnych Włoch. Czy wiedzieliście, że amfiteatr z czasów rzymskich można podziwiać również tutaj? Gdybyście kiedyś Drodzy Czytelnicy wybierali się do Włoch to do Werony na pewno warto zajrzeć. 

Ulice wyłożone marmurem.

Historia jeszcze jednej osobistości łączy się z Weroną. Mianowicie Maria Callas, utalentowana śpiewaczka operowa (sopran dramatyczny). W kwietniu 1949 Callas poślubiła w Weronie bogatego przemysłowca Giovanniego Battistę Meneghiniego. Wcześniej jednak Giovanni zachwycony Marią przez dwa lata starał się o jej względy, jak widać z sukcesem.

Kolejna ciekawostka 🙂 W dzisiejszych czasach każdy polityk startujący w wyborach obiecuje mieszkańcom metro, jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest to niemożliwe (zbyt liczne zabytki).

Aby was nie zanudzić bardzo długim wpisem, na razie zostawiam was w mieście Romea i Julii. Za to w ostatniej już części z serii  Felicita di l’Italia przeniesiemy się do słynnej stolicy mody – Mediolanu oraz do Vicenze i Bussolengo. 

Felicità di l’Italia cz.1 – Jezioro Garda

Al Bano i Romina Power już w 1982 roku wiedzieli czym jest szczęście, bo o nim śpiewali. 

Ta piosenka to moje dzieciństwo – słoneczne, pełne szczęścia i radości. Tak też kojarzyły mi się Włochy, dlatego odkąd pamiętam marzyłam o wyjeździe do tego kraju.

Najpierw pokochałam włoskie jedzenie: spaghetti, lasagne, tortellini, włoska kawa, to zdecydowanie moje klimaty. Później poznawałam tą kulturę przez język, którego nieco się nauczyłam. Niektórzy mówią także, że jestem w dodatku obdarzona włoskim temperamentem. Włosi nikomu nie kojarzą się z powagą. Uchodzą raczej za lekkoduchów, bardzo wesołych i energicznych. Są narodem bez kompleksów. Nie oceniają ludzi po wyglądzie, akceptują siebie i innych takimi jakimi są, może to jest ich recepta na szczęście.

Niestety mężczyźni to straszne maminsynki. Jak usłyszałam kawał opisujący typowego Włocha wybiłam sobie z głowy takiego partnera: Dzwoni mama Włocha do lekarza i skarży się, że jej syn nie chce pić mleka z piersi, bo mówi, że się do biura spóźni 🙂 MAMMA MIA! W tym wieku to już chyba co najmniej niewskazane. No, ale do brzegu…wiosłuję, wiosłuję i nadal nie przeszłam do najważniejszego.

Podejrzewam, że moje opowiadania o Włoszech nie skończą się jednym wpisem, więc spokojnie możecie liczyć na małą serię. A dlaczego? Prawdopodobnie zostawiłam tam swoje serce… Jestem absolutnie pewna, że tam wrócę. Marzę o tym, żeby jeszcze raz w tym roku, ale urlopu coraz mniej.

W pierwszej części chciałabym przybliżyć wszystkim jezioro Garda – położone w północnych Włoszech, największe i najczystsze jezioro tego kraju. Znajduje się w połowie drogi między Wenecją a Mediolanem, otoczone szczytami Prealpi Gardesane.

Nazwa jeziora pochodzi od miejscowości Garda. Wcześniej – do XII wieku – nosiło ono nazwę Lago Benàco.

Razem z całą grupą, wyruszyłam z małego miasteczka Bardolino w relaksujący rejs statkiem. A właściwie był to prom, który niczym autobus, tylko na wodzie, zatrzymywał się na poszczególnych przystankach.

Wokół jeziora Garda znajduje się wiele miasteczek turystycznych i kurortów. Panuje tu łagodny klimat z roślinnością śródziemnomorską. Wokół jeziora są miejscowości z zabytkową zabudową (historyczne centra miast, dawne zamki i fortece) oraz dobrze zagospodarowanymi plażami żwirowymi z łagodnym zejściem do jeziora. Północna część jeziora – bardziej górzysta i wietrzna – jest odwiedzana przez windsurferów. W południowej części jeziora woda jest cieplejsza, znajdują się tam liczne kempingi, parki rozrywki oraz źródła termalne.

Na jeziorze można podziwiać wiele mniejszych i większych wysp. Największa z nich to Isola del Garda położona około 200 metrów od przylądka Capo San. Na południe od Isola del Garda znajduje się Isola San Biagio, nazywana Wyspą Królików. Pozostałe trzy znaczące wyspy: Isola dell’Olivo, Isola di Sogno i Isola di Trimelone, leżą w północnej części jeziora, w pobliżu wschodniego brzegu.

Wydłużony kształt jeziora oraz jego znaczna długość i głębokość jest typowa dla jeziora polodowcowego. Lodowiec ten wypełnił i pogłębił istniejącą dolinę górską, a następnie wypłynął na przedpole.

Początkowo wszystkim wydawało się, że prawie 3 godzinny rejs będzie totalną nudą. Przyjemnie jednak byłyśmy zaskoczeni, ponieważ okazało się, że oszałamiające widoki rzuciły na nas urok i nawet nie zauważyłyśmy kiedy minął ten czas. Rejs zakończyliśmy ze smutkiem w pięknej Riva del Garda. Myślałam, że już nic nie będzie tak piękne jak miniony czas, ale kawa w restauracji przy brzegu jeziora hmm…cudownie. Siedziałam w restauracji, a przed sobą miałam granatową taflę wody i sięgające nieba szczyty gór. Było obłędnie… Przy okazji szukania pamiątek w okolicznych sklepach trafiłam, co się okazało, na mój ulubiony sklep (I vizi delle donne) – zajrzyjcie tam szukając upominków.

Śmiało i z pełną odpowiedzialnością mogę polecić wycieczkę nad jezioro Garda. W kolejnym wpisie Verona i Vicenza oraz ciekawe historie z nimi związane. Bo w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, w każdym razie mam taką nadzieję 😉

Wakacje po wakacjach czyli korzyści z urlopu we wrześniu.

W lipcu i sierpniu znane kurorty turystyczne w wielu miejscach Polski, Europy i świata pękają w szwach. Nie lubisz spędzać urlopu w takim tłumie? Dysponujesz niewielkim budżetem? Jedź na wakacje we wrześniu! Każda pora jest dobra, ale z urlopu u schyłku lata można odnieść wiele korzyści, których próżno szukać, gdy wakacje masz w pełni sezonu.

Przedstawiamy wam 5 największych zalet urlopu poza szczytem sezonu.

Zaleta 1. Łatwiej dostać wolne w pracy

Psychologowie uważają, że aby się naprawdę zrelaksować, potrzebne są minimum 2 tygodnie urlopu. Ideałem (często, niestety, nieosiągalnym) byłyby 3 tygodnie nieprzerwanego urlopu. Pierwszy tydzień potrzebny jest na oderwanie się od codzienności i zaadaptowanie do nowych warunków. W drugim tygodniu dopiero wypoczywamy. W lipcu i sierpniu trudno czasem uzgodnić grafik urlopowy, bo wszyscy chcą wypocząć, ale we wrześniu można się wyrwać nawet na dłużej. Trochę przykro jest tylko z jednego powodu – ty pracujesz odliczając czas do upragnionego urlopu, a współpracownicy wracają zrelaksowani i opaleni. Ale kiedy oni już prawie zapomną, że byli na wakacjach, ty wrócisz z naładowanymi akumulatorami.

 Zaleta 2. Nadal jest piękna pogoda

To nie jest tak, że wraz z oficjalnym końcem wakacji, kończy się dobra pogoda. W Polsce kalendarzowe lato trwa do połowy września i również zdarzają się upały i nie brak słonecznych dni. Jeszcze lepiej sytuacja pod tym kątem wygląda, gdy wybierzemy jakiś europejski zakątek np. Chorwację czy Hiszpanię. Kraje te gwarantują nam piękną pogodę: temperatury w granicach 25-30 stopni Celsjusza, bezchmurne niebo i ciepłą wodę. Czyli idealne warunki do zwiedzania dla osób z naszej strefy klimatycznej!

Zaleta 3. Jest tanio!

Po szczycie sezonu ceny spadają. Biura podróży, hotele, linie lotnicze, czy miejscowe restauracje i centra rozrywkowe obniżają ceny. Za urlop we wrześniu można zapłacić nawet połowę tego co musielibyśmy wydać w lipcu czy sierpniu. Naprawdę ciekawe wycieczki można dostać w biurze podróży już za 600 zł albo upolować bilet lotniczy na Dominikanę za 1100 zł.

Nie bójcie się ofert last minute. Niska cena to niejedyna zaleta wyjazdów na ostatnią chwilę (nie należy tego określenia brać dosłownie, bo termin wyjazdu może być np. za tydzień lub dwa). O ile w lipcu i sierpniu trudno o prawdziwe okazje, to już we wrześniu można trafić na wycieczkę za pół ceny katalogowej.

Zaleta 4. Cisza i spokój.

Powrót dzieci do szkoły, powoduje że z plaż, promenad i górskich szlaków znikają tłumy, zostają tylko wytrawni turyści i osoby ceniące spokój. Poziom decybeli w kurortach znacznie spada. Ponadto nie trzeba stać w ogromnych kolejkach do zwiedzanych atrakcji, restauracji czy chociażby straganów z pamiątkami i do toalet.

Pusta plaża w Makarskiej.
Stare miasto w Dubrovniku bez dzikich tłumów.

Zaleta 5. Pełen relaks.

Ciepłe słoneczne popołudnie. Siedzimy w kawiarni nad brzegiem morza pijąc latte i wsłuchując się w szum fal. Myślimy jak mało wydaliśmy na wakacje oraz o tym, że współpracownicy mają teraz „młyn” w pracy. Na naszej twarzy pojawia się uśmiech. Cóż więcej potrzebne jest do szczęścia, prawda? 

W zeszłym roku na przełomie września i października (24.09 – 4.10) byłyśmy z Moniką na objazdówce po Chorwacji. Udało nam się trafić na last minute za 999 zł. Cena obejmowała przejazd, zakwaterowanie i wyżywienie (śniadania i obiadokolacje). Świetna pogoda, ciepłe morze i pawie puste promenady i kawiarnie. Deszczową pogodę miałyśmy tylko pierwszego dnia po przyjeździe, akurat na Jeziorach Plitvickich, Prawdziwy chillout 🙂 Częściową relację z tego urlopu można znaleźć w starszych wpisach. 

Nieco deszczowe, lecz ciepłe Plitvice. 

W poprzednich latach korzystałam też z uroków wrześniowego wypoczynku nad polskim morzem oraz w Krynicy Zdroju. 

Także ten… wiem o czym piszę 🙂