Archiwa tagu: objazdówka

Bawełniany zamek

# day 4

Wracamy do naszej relacji z przepięknej Turcji.

Kolejny dzień wycieczki rozpoczęliśmy od podróży do Pamukkale (tur. Bawełniany zamek) – miasta, którego symbolem jest kogut, ale nie z tego słynie… Miejsce to bowiem jest najbardziej znane z osadów wapiennych powstałych na zboczu góry Cökulez.

Wypływająca z gorących źródeł woda, bogata w związki wapnia i dwutlenek węgla, ochładzając się na powierzchni, wytrąca węglan wapnia, którego osady układają się w nacieki i stalaktyty. Na zboczu góry powstają progi, półkoliste i eliptyczne baseny wody termalnej, ukształtowane w formie tarasów. Proces ten trwa nieprzerwanie od około 14 tysięcy lat. Obecnie, wysoki na 160 metrów obszar pokryty osadami ma długość 2700 metrów, a jego szerokość to 600 metrów. Twory te w czasach rzymskich nazywane zostały trawertynami.

Pamukkale przeżywało prawdziwy rozkwit w latach 60-tych XX wieku. Masowo powstawały wtedy hotele, a turyści mogli zażywać kąpieli bezpośrednio w kaskadowych basenach. Jednak zbyt intensywna eksploatacja doprowadziła do wysychania źródeł. Aby chronić ten cud przyrodniczy, wydzielono szlaki, a na całym obszarze utworzono Park Narodowy (wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO). Obecnie lecznicze kąpiele dozwolone są jedynie w tzw. „Antycznym basenie” w centrum Hierapolis.

„Antyczny basen” jest odrestaurowanym kąpieliskiem z czasów rzymskich. Położony na przyjemnie ocienionym przez palmy, sosny i cyprysy terenie, wypełniony jest ciepłą wodą termalną. Dodatkową atrakcją są leżące na dnie zbiornika fragmenty antycznych budowli, w tym – kapitele kolumn z pobliskiej świątyni Apollina. Basen jest dość płytki – prawie wszędzie osoby dorosłe mogą swobodnie stanąć z głową nad powierzchnią wody, a w wielu miejscach woda jest jeszcze płytsza i bezpieczna dla dzieci.

Hierapolis to ruiny starożytnego miasta, znajdującego się tuż nad wapiennymi tarasami. Zobaczyć można tu m.in. świątynie Apolla i łaźnie rzymskie. Właściwości lecznicze wód mineralnych znane już były w starożytności – kąpiele w skalnych basenach były rekomendowane przy schorzeniach skóry, oczu, reumatyzmie i astmie. Podobno kąpała się tu sama Kleopatra. Natomiast inna lokalna legenda mówi o dziewczynie, która zrozpaczona swoją brzydotą postanowiła się rzucić do wody. Jej ciało zostało wyrzucone na brzeg a długie godziny spędzone w wodzie wypiękniły ją tak, że książę, który ją odnalazł od razu zapałał głęboką miłością.

Basen Afrodyty.

Mimo, że obecnie wiele basenów jest pustych, a widok nie jest dokładnie taki, jaki znamy z pocztówek i folderów, to Pamukkale zdecydowanie jest miejscem wartym odwiedzenia.

A w czasie moczenia stóp w jednym ze strumyków, można zawrzeć ciekawe znajomości z ludźmi z całego świata. My akurat miałyśmy okazję porozmawiać z dwiema bardzo sympatycznymi paniami z Australii 🙂

Turcjo, çok teşekkür ederim (dziękuję bardzo) za kolejny piękny dzień.

Popołudnie w Kusadasi

#day3

Po powrocie z Efezu do hotelu i krótkim odpoczynku, miałyśmy czas wolny na samodzielne zwiedzanie pobliskiego miasta i poznawanie “współczesnej” Turcji i jej mieszkańców. Tak więc późne popołudnie i wieczór trzeciego dnia wycieczki spędziłyśmy w Kusadasi.  Z hotelu Tusan do centrum miasta jest kilka kilometrów. Aby nie tracić czasu, razem z kilkoma osobami z naszej grupy wzięliśmy taxi – busa. Koszt to 5 dolarów/euro za całość, więc naprawdę niewiele.

Po turecku nazwa Kusadasi oznacza wyspę ptaków i pochodzi od niewielkiej wysepki niedaleko centrum miasta “Guvercin Adasi”, gdzie znajduje się kamienna twierdza – symbol miasta.
Kusadasi ma bogatą historię, przewijają się przez nią między innymi weneccy i genueńscy kupcy, którzy nazwali to miejsce Scala Nuova. W 1413 r. dla podniesienia rangi miasta wielki wezyr Okuz Mehmet Pasza polecił wznieść tu meczet i hammam Kaleici, mury miejskie oraz karawanseraj. Do dziś można podziwiać pozostałości tych niezwykłych budowli.

Ponieważ nie samym zwiedzaniem i historią człowiek żyje, to dla odmiany można się wyszaleć. Kusadasi to idealne miejsce dla ludzi młodych duchem. Centrum słynie z bogatego życia nocnego. Pełno tu barów, tawern, pubów, barów karaoke, lokali z muzyką turecką, klubów tanecznych i dyskotek.

Kusadasi było miejscem, w którym najbardziej udało nam się odczuć „tureckiego” ducha. Jak tylko wchodziło się do alejki ze straganami na jednym z wielu bazarów  i między sobą rozmawiało:
– Czego szukasz, co chcesz kupić?
– Chyba potrzebuje małej torebki.
To już do końca alejki wszyscy proponowali torebki. I to nie delikatnie. Śródziemnomorska kultura jest nieco inna niż europejska, tutaj kontakt fizyczny jest naturalny. Jak gdyby nikt nie miał czegoś takiego jak przestrzeń osobista. Podejrzewamy, że gdybyśmy chcieli Turkom wytłumaczyć, by nie zbliżali się za bardzo ponieważ wtedy czujemy się niekomfortowo, mogliby tego nie zrozumieć. Zatem łapali nas za ręce, zaglądali głęboko w oczy, komplementowali na każdym kroku, wypytywali skąd jesteśmy, żeby w końcu zadać to pytanie, czy jesteśmy zamężne. Wtedy radzimy brać nogi za pas :)
Czasami skuteczne okazywało się zasłonięcie włosów chustą, ale i ten sposób zawodził. Jednak nie można nie oddać tym ludziom serdeczności, wśród ich uśmiechów i żywiołowości można odczuć prawdziwą radość. Dlatego tego dnia odczuwałyśmy niesamowitą satysfakcję z aktywnie i pożytecznie spędzonego czasu.

Amulety z Okiem Proroka.

Akurat 23 kwietnia w Turcji był obchodzony Dzień Niepodległości i Dzień Dziecka, dlatego w całym mieście odbywały się różne koncerty, imprezy. Cały czas mijaliśmy rozbawione tureckie rodziny, w których zabawie mogliśmy uczestniczyć.

 

Phanta Rhei…

#day3

Phanta Rhei – wszystko płynie, nic nie stoi w miejscu…
To jeden z najsłynniejszych cytatów Heraklita, pierwszego greckiego filozofa, który pochodził z Efezu.

Efez to najlepiej zachowane starożytne miasto w Turcji. Miasto, w którym można chodzić po zabytkach antycznego świata, a nie tylko podziwiać je z daleka.
Przejść się po agorze, ulicy z marmuru, wejść do biblioteki Celsusa, a także zasiąść w antycznym teatrze na 25 tys. widzów, gdzie swoje kazania wygłaszał św. Paweł. W części rządowej miasta warto zwrócić uwagę na starożytny sejm, szpital i liczne świątynie, natomiast w części publicznej na rzymskie łaźnie czy słynne toalety. To tutaj można zobaczyć Bazylikę Św. Jana z jego grobowcem a także pozostałości po ogromnej świątyni Artemidy – największej świątyni świata pogańskiego na świecie.

Efez to miasto jońskie, którego założycielem wg legendy był Androklos, syn ateńskiego króla Kordusa. Przed wyprawą do Jonii, otrzymał od wyroczni wskazówkę dotyczącą miejsca założenia miasta. Miało ono powstać w miejscu, które „wskaże jemu ryba i dzik”. Zgodnie z mitem, na wzgórzu Pion, niedaleko ujścia rzeki Kaystron, spotkał przy ognisku rybaków piekących ryby. Jedna z ryb podskoczyła a rozpryskujące się iskry zapaliły pobliskie zarośla. Ogień spłoszył kryjącego się w nich dzika. Miasto zostało założone w IX w. p.n.e..Władali nim Hetyci, Grecy, Persowie, Rzymianie i w końcu Turcy.

Efez jest uważany przez współczesnych historyków sztuki za najlepiej zachowane miasto starożytne w rejonie Morza Śródziemnego. Ruiny dotrwały do naszych czasów w zdumiewająco dobrym stanie, mimo kilkukrotnych trzęsień ziemi, które nawiedzały ten region. Zachował się układ ulic, podział na część kulturalno-polityczną, świątynną, mieszkalną, handlową i rozrywkową.
W 2015 roku Efez został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Maria w Efezie 🙂

W Efezie można również natknąć się na jedną z najstarszych „reklam” domu publicznego. Na jednej z marmurowych płyt wyżłobiono wzorzec, według którego wstęp do domu publicznego mieli tylko ci mężczyźni, którzy mogli pochwalić się… stopą, większą niż ta wyrzeźbiona. Stopa była drogowskazem, pokazywała kierunek do domu schadzek.

Toaleta publiczna.

Po zakończeniu zwiedzania, które trwało ok. 4h nasza grupa podzieliła się – część pojechała do domu Marii Dziewicy około 7 km od Selçuk, a reszta została odwieziona do hotelu, gdzie mogła oddać się lenistwu lub wybrać na zwiedzanie według własnego planu. Chyba łatwo zgadnąć co wybrałyśmy 🙂

Rejs po rzece Dalyan

#day2

Śniadanie, zbiórka w autokarze i ruszamy na dalsze poznawanie Turcji. Humory wszystkim dopisują, tym bardziej, że na ten dzień zaplanowany jest rejs i wizyta na plaży Iztuzu, która według rankingu Tripadvisor należy do najpiękniejszych w Europie.
Z rybackiej wioski Dalyan do plaży Iztuzu można dopłynąć rzeką, która wije się wśród labiryntu setek wysepek, otoczona bujną roślinnością. Delta rzeki widziana z góry tworzy niesamowity, zapierający dech w piersiach krajobraz.
Podczas ok. godzinnego rejsu można podziwiać przepiękne widoki, jak np. grobowce likilijskie w Kaunos, wkomponowane w urwiste skały.


Największą atrakcją tego regionu jest jednak to, że jest to strefa ekologiczna, idealna dla osób chcących zaznać prawdziwego spokoju na łonie przyrody, w najbardziej „zielonym” miejscu Turcji.

Plaża Iztuzu ma ok. 6 km długości i z jednej strony oblana jest ciepłymi wodami Morza Śródziemnego, a z drugiej strony dużo chłodniejszymi wodami rzeki Dalyan. Nazywana jest również Plażą Żółwi, ze względu na swoich mieszkańców.
Każdego roku w to miejsce przypływają samice żółwi Caretta Caretta, aby złożyć jaja. Małe żółwiki wylęgają się w nocy i podążają w kierunku wody przy świetle księżyca.
Okres lęgowy żółwi to maj-sierpień, więc niestety my w kwietniu ich nie spotkałyśmy. Trzeba będzie wrócić tutaj w innym miesiącu 🙂

Monika i jej kolejny cel podróży.

Wieczorem docieramy do Tusan Beach Resort w okolicy barwnego i tętniącego życiem miasta Kusadasi.

Z wizytą u św. Mikołaja

#day1

Trasa naszej 7-dniowej objazdówki po Turcji przebiegała początkowo drogą wzdłuż wybrzeża. Z drogi tej rozpościerał się wspaniały widok na Morze Śródziemne i strome szczyty gór Taurus.
Podziwiając tak wspaniałe widoki, dotarliśmy do Demre. Miasteczko to, liczące około 16 tys. mieszkańców, znane jest z ruin starożytnego miasta Myra – słynnego z najwspanialszych licyjskich grobowców skalnych.

Myra, w starożytności, należała do największych miast Licji. W czasach rzymskich była stolicą prowincji. Odwiedzali ją liczni cesarze. Święty Paweł około 60 roku n.e. spędził tu trochę czasu, nauczając. Liczne powodzie, trzęsienia ziemi, najazdy Arabów, doprowadziły do upadku a potem opuszczenia miasta w XI wieku.
Ruiny Myry odkryte zostały dopiero w 1840 roku. W czasie prac archeologicznych udało się odkopać pochodzące z przełomu V i IV wieku p.n.e. liczne grobowce skalne. Część z nich wykuto na kształt domostw, inne zaś przypominają swoim wyglądem świątynie. Obecnie grobowce są wyblakłe, jednak kiedyś były pomalowane na jaskrawe odcienie fioletu, błękitu, czerwieni oraz żółci. To musiał być dopiero widok!

Ponadto na terenie ruin znajduje się także okazały rzymski amfiteatr (największy w całej Licji) oraz pozostałości akropolu z murem obronnym i tronem skalnym.
Pierwszy teatr został zniszczony podczas trzęsienia ziemi w 141 r. n.e. Miasto było bogate, więc szybko go odbudowano i to z wielkim rozmachem. Amfiteatr ma średnicę 110 metrów, a widownia składa się z 36 rzędów. Cała budowla, a zwłaszcza scena, była bajecznie zdobiona. Obecnie elementy rzeźbień są rozłożone na ziemi przed amfiteatrem.

Warto delektować się tym miejscem. Usiąść na widowni amfiteatru, zamknąć oczy, zobaczyć w wyobrażani sztuki jakie tu wystawiano, dać się porwać przez wiwatujący tłum.

Odwiedzając Demre warto także zajrzeć do wspaniałej bizantyjskiej bazyliki św. Mikołaja. Świątynia ta wzniesiona została w w IX wieku na polecenie cesarza Konstantyna IX (1000-1055). Przypuszcza się, że to właśnie w tym kościele w sarkofagu złożone zostały po śmierci relikwie św. Mikołaja.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do hotelu Castle Resort and Spa w Sarigerme, gdzie czekało na nas wiele kolejnych atrakcji 🙂

Turcja – kraj szafranem pachnący

Turcja od dawna była na mojej liście „Must see”, ale na jakiejś dalszej pozycji. Myślałam, że w tym roku zobaczę Gruzję lub Maroko, o których marzę od dawna.  Jednak kiedy na początku roku Monika przesłała mi kilka ofert wyjazdu do Turcji i padło pytanie „Jedziemy, prawda?”, chęć kolejnej podróży i zobaczenia nowych miejsc była tak duża, że się zgodziłam. Wybrałyśmy Wybrzeże Likijskie. Spontanicznie. Dopiero potem zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam. Kierunek w sumie ok, bezpieczny, poza tym moja ulubiona forma odpoczynku czyli objazdówka. Ale biuro jakieś nieznane, a jak nas zostawią gdzieś na lotnisku albo będziemy mieszkać w tragicznych warunkach… Obawy, jak się później okazało, zupełnie bezpodstawne. Ostatecznie były to jedne z moich najlepszych wakacji w życiu, chociaż wiadomo że i niewielkie minusy też się pojawiły.

Nasza „babska” wyprawa zaczęła się 20 kwietnia 2019 na warszawskim lotnisku Chopina, skąd tureckimi liniami Onur Air dostaliśmy się do Antalyi. Ponieważ wylot był późnym popołudniem, w Turcji byliśmy dopiero ok. 23. Odbiór bagażu, spotkanie z przedstawicielem biura i podział na grupy, których w sumie było 6, ale część jechała w inne zakątki kraju i tylko pierwszą noc spędziliśmy razem.  No i tak trafiłyśmy do naszego „P3”, razem z 26 innymi podróżnikami 🙂 Po zajęciu miejsc, pewnie każdy myślał już tylko o odpoczynku i szybkim dotarciu do hotelu. Ale o spokoju można było tyko pomarzyć, to wszedł ON – Halil Elci, jak się potem okazało wymarzony przewodnik wycieczek 😉

Halil – rodowity Turek, ale kochający Polskę i Polaków. Mieszkał w naszym kraju przez pół roku pilnie ucząc się polskiego, którym teraz włada biegle. Myślałam, że po pani Ninie, która 5 lat temu oprowadzała nas po włoskich miasteczkach, już nigdy nie trafię na tak dobrego przewodnika, a tu taka niespodzianka.

No i nie było drzemki w drodze do hotelu, tylko nauka podstawowych zwrotów po turecku. Już chyba zawsze będę pamiętać, ze „Günaydın” to „dzień dobry”, ale tylko do 10, potem to już trzeba powiedzieć „Iyi günler”. A gdy chcemy komuś za coś podziękować to z uśmiechem mówimy „Cok teşekkür ederim”… I tak ćwicząc o północy swoje języki i zdolności językowe docieramy do Grand Ring Hotel, naszej kwatery na pierwszą noc. Po powitaniu i rozdaniu kart do pokojów, kolejne zaskoczenie – mimo tak późnej pory, na polskie grupy czekała kolacja. Objedzone i nieziemsko zmęczone, idziemy spać około 1.30, aby kolejnego poranka wstać o 6.40 i ruszyć na podbój kraju szafranem i anyżkiem pachnącym 🙂

Nie wiem ile dokładnie przejechaliśmy kilometrów podczas tego tygodnia, ale z moich obliczeń z wujkiem Google wychodzi, że ponad 1100 km. W czasie przejazdów nudy nie było! Wiadomo, piękne widoki za oknem, ale nie tylko…

Halil, tak jak pani Nina potrafił bardzo szybko zintegrować naszą grupę, praktycznie od razu staliśmy się „rodziną”, jak potem często o sobie też mówiliśmy.  Większość grupy to osoby 60+, więc oprócz 14-letniej Wiktorii, byłyśmy z Moniką najmłodsze. Ale dzięki niemu nie było czuć tej różnicy, wszyscy świetnie się dogadywali i bawili.  Każdego dnia w drodze do zwiedzanych miejsc, oprócz opowieści o tym gdzie właśnie jedziemy i historii tego miejsca, mieliśmy też „wykłady” na inne ciekawe tematy. Tak więc był dzień z opowieściami o tureckich ślubach i pogrzebach, dzień o islamie, a także o pierwszym prezydencie Turcji – Ataturku. Dowiedzieliśmy się też ile kosztują mieszkania w Side czy ile zarabia np. nauczyciel oraz o tym, że prawie wszystko pochodzi z Turcji, nawet Czerwony KapTUREK 😉

Nigdy nie miałam w zwyczaju, aż tak chwalić biur podróży, ale tutaj mogę zrobić to z czystym sumieniem. Sama na pewno jeszcze nie raz skorzystam z wycieczek do Turcji organizowanych przez Premio Travel.

A was zapraszam do lektury kolejnych wpisów, w których postaramy się pokazać, jak fascynująca jest ojczyzna Ataturka.

 

 

Felicità di l’Italia cz.2 – Śladami miłości, czyli legendy Werony

Ahoj Panie Kapitanie!!! Ups…to nie ta bajka, rejs się już skończył. Teraz pora na romantyczną historię miłosną, czyli pewnego dnia w Weronie.


Przypuszczam, że większość z was zna dramat Williama Szekspira „Romeo i Julia” i najsłynniejszą parę kochanków. Ja do dziś wspominam, z filmowej adaptacji utworu, przystojnego Leonardo DiCaprio w roli Romeo 😉

Ogród Kapuletów. Wchodzi Romeo.

ROMEO
Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
O! gdybym mógł być tylko rękawiczką,
Co tę dłoń kryje!

JULIA
Konflikt, Krew, Miłość, Rodzina

Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
Lub jeśli tego nie możesz uczynić,
To przysiąż wiernym być mojej miłości,
A ja przestanę być z krwi Kapuletów.

Tam byłam, w ogrodzie Kapuletów, patrzyłam na przepiękny balkon Julii, a nawet na nią samą. Już chciałam wejść na balkon i wołać mojego Romeo
”Gdzieżeś jest Ukochany?” gdy dowiedziałam się straszliwej prawdy.
W czasach, w których teoretycznie żyli sławni kochankowie nie było tego balkonu, wtedy czar prysł… Nie to jednak było najgorsze. Nie ma ewidentnych dowodów na to, że Julia, czy Romeo naprawdę żyli, to był prawdziwy cios. Nie żebym wierzyła w prawdziwość tych postaci, a przede wszystkim ich miłości, ale było to tak pięknie miłe wyobrażenie 🙂 Miałam nadzieję, że ktoś taki żył i był ich pierwowzorem, jednak są to postaci w pełni fikcyjne. Wszelako rodziny Capuleti i Montecchi są prawdziwe (ulice od ich nazwisk również) i miłość – ona zawsze jest realna. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym czy miłość może być zmyślona? Otóż autor nieważne czy dramatu, romansu, kryminału nie napisałby tak pięknie o miłości gdyby jej nie znał. Ona zawsze istnieje, dlatego jestem przekonana, że taka para kochanków jaką opisał Szekspir żyła w swoich czasach. Stało się! Znowu odpłynęłam trochę za daleko. Poniosło mnie.

Balkon Julii.

Najistotniejsze to legenda, która dotyczy Julii, a zapewne większości nieznana. Otóż naturalnej wielkości posąg Julii stoi pod jej balkonem w ogrodzie i mówi się, że kto złapie za jej prawą pierś i wypowie życzenie może oczekiwać jego spełnienia. Warunkiem jest prawdziwość pragnienia oraz tematyka, ponieważ spełniają się tylko marzenia miłosne. Możecie mi wierzyć na słowo, że kolejka do posągu momentalnie powstała ogromna. Do dziś jednak zastanawia mnie fakt, w jakim celu ustawiali się tam kobiety i mężczyźni w związkach małżeńskich w każdym wieku? Szukali przygód? Kto wie… Taka ciekawostka – prawdopodobnie po raz ostatni w tym roku obmacywanie Julii było bezpłatne. Natomiast wejście na balkon aktualnie kosztuje 7 EUR (czerwiec 2017).

Naturalnej wielkości posąg Julii.

Sama Werona jest po prostu urocza. Małe uliczki, niektóre bardzo eleganckie, wyłożone marmurem. Gustowny ryneczek z pamiątkami wszelakimi (mnóstwo drobiazgów o tematyce bajki „Pinokio”). Werona jest jednym z najbogatszych miast północnych Włoch. Czy wiedzieliście, że amfiteatr z czasów rzymskich można podziwiać również tutaj? Gdybyście kiedyś Drodzy Czytelnicy wybierali się do Włoch to do Werony na pewno warto zajrzeć. 

Ulice wyłożone marmurem.

Historia jeszcze jednej osobistości łączy się z Weroną. Mianowicie Maria Callas, utalentowana śpiewaczka operowa (sopran dramatyczny). W kwietniu 1949 Callas poślubiła w Weronie bogatego przemysłowca Giovanniego Battistę Meneghiniego. Wcześniej jednak Giovanni zachwycony Marią przez dwa lata starał się o jej względy, jak widać z sukcesem.

Kolejna ciekawostka 🙂 W dzisiejszych czasach każdy polityk startujący w wyborach obiecuje mieszkańcom metro, jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest to niemożliwe (zbyt liczne zabytki).

Aby was nie zanudzić bardzo długim wpisem, na razie zostawiam was w mieście Romea i Julii. Za to w ostatniej już części z serii  Felicita di l’Italia przeniesiemy się do słynnej stolicy mody – Mediolanu oraz do Vicenze i Bussolengo. 

Felicità di l’Italia cz.1 – Jezioro Garda

Al Bano i Romina Power już w 1982 roku wiedzieli czym jest szczęście, bo o nim śpiewali. 

Ta piosenka to moje dzieciństwo – słoneczne, pełne szczęścia i radości. Tak też kojarzyły mi się Włochy, dlatego odkąd pamiętam marzyłam o wyjeździe do tego kraju.

Najpierw pokochałam włoskie jedzenie: spaghetti, lasagne, tortellini, włoska kawa, to zdecydowanie moje klimaty. Później poznawałam tą kulturę przez język, którego nieco się nauczyłam. Niektórzy mówią także, że jestem w dodatku obdarzona włoskim temperamentem. Włosi nikomu nie kojarzą się z powagą. Uchodzą raczej za lekkoduchów, bardzo wesołych i energicznych. Są narodem bez kompleksów. Nie oceniają ludzi po wyglądzie, akceptują siebie i innych takimi jakimi są, może to jest ich recepta na szczęście.

Niestety mężczyźni to straszne maminsynki. Jak usłyszałam kawał opisujący typowego Włocha wybiłam sobie z głowy takiego partnera: Dzwoni mama Włocha do lekarza i skarży się, że jej syn nie chce pić mleka z piersi, bo mówi, że się do biura spóźni 🙂 MAMMA MIA! W tym wieku to już chyba co najmniej niewskazane. No, ale do brzegu…wiosłuję, wiosłuję i nadal nie przeszłam do najważniejszego.

Podejrzewam, że moje opowiadania o Włoszech nie skończą się jednym wpisem, więc spokojnie możecie liczyć na małą serię. A dlaczego? Prawdopodobnie zostawiłam tam swoje serce… Jestem absolutnie pewna, że tam wrócę. Marzę o tym, żeby jeszcze raz w tym roku, ale urlopu coraz mniej.

W pierwszej części chciałabym przybliżyć wszystkim jezioro Garda – położone w północnych Włoszech, największe i najczystsze jezioro tego kraju. Znajduje się w połowie drogi między Wenecją a Mediolanem, otoczone szczytami Prealpi Gardesane.

Nazwa jeziora pochodzi od miejscowości Garda. Wcześniej – do XII wieku – nosiło ono nazwę Lago Benàco.

Razem z całą grupą, wyruszyłam z małego miasteczka Bardolino w relaksujący rejs statkiem. A właściwie był to prom, który niczym autobus, tylko na wodzie, zatrzymywał się na poszczególnych przystankach.

Wokół jeziora Garda znajduje się wiele miasteczek turystycznych i kurortów. Panuje tu łagodny klimat z roślinnością śródziemnomorską. Wokół jeziora są miejscowości z zabytkową zabudową (historyczne centra miast, dawne zamki i fortece) oraz dobrze zagospodarowanymi plażami żwirowymi z łagodnym zejściem do jeziora. Północna część jeziora – bardziej górzysta i wietrzna – jest odwiedzana przez windsurferów. W południowej części jeziora woda jest cieplejsza, znajdują się tam liczne kempingi, parki rozrywki oraz źródła termalne.

Na jeziorze można podziwiać wiele mniejszych i większych wysp. Największa z nich to Isola del Garda położona około 200 metrów od przylądka Capo San. Na południe od Isola del Garda znajduje się Isola San Biagio, nazywana Wyspą Królików. Pozostałe trzy znaczące wyspy: Isola dell’Olivo, Isola di Sogno i Isola di Trimelone, leżą w północnej części jeziora, w pobliżu wschodniego brzegu.

Wydłużony kształt jeziora oraz jego znaczna długość i głębokość jest typowa dla jeziora polodowcowego. Lodowiec ten wypełnił i pogłębił istniejącą dolinę górską, a następnie wypłynął na przedpole.

Początkowo wszystkim wydawało się, że prawie 3 godzinny rejs będzie totalną nudą. Przyjemnie jednak byłyśmy zaskoczeni, ponieważ okazało się, że oszałamiające widoki rzuciły na nas urok i nawet nie zauważyłyśmy kiedy minął ten czas. Rejs zakończyliśmy ze smutkiem w pięknej Riva del Garda. Myślałam, że już nic nie będzie tak piękne jak miniony czas, ale kawa w restauracji przy brzegu jeziora hmm…cudownie. Siedziałam w restauracji, a przed sobą miałam granatową taflę wody i sięgające nieba szczyty gór. Było obłędnie… Przy okazji szukania pamiątek w okolicznych sklepach trafiłam, co się okazało, na mój ulubiony sklep (I vizi delle donne) – zajrzyjcie tam szukając upominków.

Śmiało i z pełną odpowiedzialnością mogę polecić wycieczkę nad jezioro Garda. W kolejnym wpisie Verona i Vicenza oraz ciekawe historie z nimi związane. Bo w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, w każdym razie mam taką nadzieję 😉

Makarska – słuchając szumu fal

Makarska była naszą ostoją podczas całego pobytu w Chorwacji. To stąd dojeżdżaliśmy do innych miast: Splitu, Trogiru, Dubrovnika. Oszczędziło to nam codziennego porannego targania walizek i przenoszenia się z miejsca na miejsce. Położenie Makarskiej sprawiało, że wszędzie było stosunkowo blisko, więc podróże nie były długie i męczące.

Zamieszkaliśmy w pensjonacie w willowej dzielnicy Makarskiej – Zelence. Skromny, czysty pokój z aneksem kuchennym i balkonem. Z balkonu przepiękny widok na masyw Biokovo. Z pensjonatu na Splitskiej jest około 800 metrów do promenady i plaży. W Makarskiej są tylko kamieniste plaże, lecz mimo tego miasto to latem jest oblegane przez turystów. Pod koniec września/na początku października jest już tutaj naprawdę spokojnie. Bez problemu. o każdej porze dnia, można znaleźć miejsce w uroczej kawiarence nad brzegiem morza i popijając latte wsłuchiwać się w szum fal.

Makarska to największa miejscowość letniskowa na Riwierze Makarskiej nad Adriatykiem, położona ok. 60 km na południowy wschód od Splitu i 140 km na północ od Dubrownika. Miasto ma charakter pagórkowaty, większość parkingów i znaczna część dróg zlokalizowanych jest na stromych ulicach.

Makarska jest jedną z bardziej rozrywkowych miejscowości Dalmacji. Posiada dwa nadmorskie bulwary wysadzane palmami i otoczone butikami, kawiarniami i barami oraz długą plażę ciągnąca się od początku miasta, aż do półwyspu św. Piotra. Plaża dla nudystów znajduje się ok. 30 min drogi od bulwarów, umieszczona w zatoczce, kamienista jak wszystkie pozostałe plaże w okolicy.

Do Makarskiej mariny zawija wiele jachtów. Można tam także znaleźć połączenia promowe do pobliskich wysp np. na Hvar i Brač. Możliwa jest też wycieczka statkiem w kierunku ujścia rzeki do morza, gdzie miesza się woda słodka i słona.

Jak na znany, letni kurort przystało w Makarskiej znajdziemy wiele miejsc wartych odwiedzenia. Jednym z takich miejsc jest Sanktuarium Vepric. Sanktuarium zbudowano w 1908 roku dla uczczenia 50 rocznicy objawień Matki Boskiej w Lourdes. W okresie letnim w Sanktuarium codziennie o 18 odbywają się msze. Nad Sanktuarium góruje wzniesienie Trzech Krzyży (200 m n.p.m.), rozciąga się stąd przepiękny widok na całe miasto i najbliższą okolicę. Wejście zajmuje około 20 minut i należy do tych prostszych, mimo że momentami ścieżka jest bardzo kamienista i porośnięta krzakami. Wspaniały widok na miasto i port rozciąga się również z pomnika św. Piotra na półwyspie o tej samej nazwie.

Wartym polecenia miejscem jest także Muzeum Muszli, posiada ono ogromny zbiór, bo ponad 3000 eksponatów, niestety jest otwarte bardzo krótko w ciągu dnia (10 -12 oraz 17 – 19, wstęp 15 kun).

W centrum miasta polecam odwiedzić Katedrę świętego Marka, której budowa rozpoczęła się w 1700 roku. W katedrze znajdują się relikwie męczennika – św. Klementa. Msze odbywają się w niedziele o 8:00, 9:00, 10.30 oraz 19:00.

Zaraz przy katedrze znajduje się targ, gdzie można zakupić oprócz owoców i warzyw, także różnego rodzaju trunki. Wśród Polaków, lotem błyskawicy, rozniosła się wiadomość, że jak kupować rakiję, to tylko u jednej z tamtejszych pań 🙂 Trzeba przyznać, że wybór naprawdę miała spory, a i cena przystępna (40 kun za butelkę). Oczywiście wszystko „spod lady”. Trzeba się pytać. Boję się tylko, czy po wizycie naszej grupy, coś jej jeszcze zostało na sprzedaż 🙂

Fani wieczorno-nocnych rozrywek znajdą w Makarskiej kilka dyskotek. Niestety, tutaj nie mogę służyć radą, którą z nich wybrać, bo nie było czasu żeby do jakiejkolwiek się wybrać, a i chyba już wyrosłam z takich rozrywek 🙂

Zakupy można zrobić w jednym z kilku marketów: Konzum, Ribola, Lidl, Tommy.

Jeziora Plitwickie – bajkowa kraina

Park Narodowy Jezior Plitwickich odwiedziliśmy w drodze z Polski do Makarskiej. Niestety tego dnia trafiliśmy na szarą, deszczową pogodę, która dość mocno popsuła nam radość ze zwiedzania tak baśniowego miejsca.

Historia

Park Narodowy Jezior Plitwickich położony jest blisko granicy z Bośnią i Hercegowiną we wschodniej części gór Mala Kapela i pasma Plješevica (część Gór Dynarskich) i jest największym (294,82km2) oraz najstarszym (od 1949) parkiem narodowym Chorwacji. W 1979 roku został wpisany na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Park jest fenomenem krasowej hydrografii. Jeziora znane są ze swoich kaskad tufu wapiennego. Tuf to porowata skała osadowa, powstająca przez wytrącanie się węglanu wapnia z wody. Skała ta tworzy bariery, progi i inne formy w rzekach krasowych i potokach. Ponieważ proces ten zachodzi cały czas, wydaje się, że Jeziora Plitwickie nigdy nie wyglądają tak samo.

Na obszarze parku znajduje się 16 jezior na różnych wysokościach: od 503 (Novakovic Brod) do 636 m.n.p.m. (Proscansko) przedzielonych wodospadami. Największym i najgłębszym jeziorem jest Kozjak, posiada on powierzchnię około 82 ha i głębokość 46 m. Charakterystyczną cechą dla tych zbiorników są turkusowo-błękitno-zielone wody, wypełniające głębokie niecki o wysokich i często bardzo stromych ścianach.

Fauna i flora

Obszar parku kryje bogactwo środowiska leśnego – różnorodne rodzaje roślin i zwierząt. Największą część leśnej wspólnoty stanowią buki i jodły. Wśród nich szczególnie wyróżnia się bukowo-jodłowa puszcza „Corkova uvala”, jedna z najpiękniejszych w Europie. O różnorodności flory świadczy 1267 rozpoznanych roślin, z których 75 to endemity. Można tutaj obejrzeć 55 rodzajów orchidei. Dotychczasowe badania, przeprowadzone na terenie parku potwierdziły istnienie 321 rodzajów motyli, 161 rodzajów ptaków oraz około 21 gatunków nietoperzy, ukazuje to wielkie bogactwo świata zwierząt. Wśród wielkich drapieżników najatrakcyjniejszym mieszkańcem jest niedźwiedź brunatny, lecz można również spotkać rysia, sarnę czy borsuka.  Niestety nie miałam okazji spotkać się z którymś z większych mieszkańców parku, za to widziałam niezliczone ilości jaszczurek i żab.

Turystyka

Park Narodowy Jezior Plitwickich jest bardzo chętnie odwiedzanym miejscem, latem przyjeżdża tu nawet kilka tysięcy osób dziennie. Na teren Parku prowadzą cztery wejścia. Przy każdym z nich jest urządzony parking i inne udogodnienia dla turystów: kantor, bar, toalety.

Park można zwiedzić poruszając się po jednej z kilku tras. Trasę można wybrać biorąc pod uwagę swoje możliwości fizyczne oraz czas jakim dysponujemy. Najkrótsze z nich to 2-godzinny spacer, a najdłuższe to 8-godzinne wędrówki. Każda trasa prowadzi wyznaczonym szlakiem, a idzie się specjalnymi drewnianymi kładkami usytuowanymi wokół jezior. W cenie biletu możemy również bez ograniczeń podróżować pociągiem (na kołach, po asfaltowych drogach) oraz pływać stateczkami po największym jeziorze.

Legendy

Jak z prawie każdym znanym miejscem, również z Jeziorami Plitwickimi związane są pewne legendy. Według jednej z nich, jeziora powstały po długiej suszy, podczas której wyschła nawet rzeka Czarna, która dziś zasila ten cud natury. Nie pomagały żadne modlitwy oraz błagania zrozpaczonych wieśniaków. Pewnego dnia w dolinie pojawiła się tajemnicza postać, którą była Czarna Królowa wraz ze swoim orszakiem. Czarna Królowa wysłuchała próśb nieszczęśników. Niebo rozdarły błyskawice. Kiedy po kilku dniach intensywnych opadów zniknęła mgła rozpościerająca się nad ziemią i wyszło słońce, ludziom ukazały się jeziora, z których woda przelewała się pięknymi wodospadami. To właśnie były i są do dziś Jeziora Plitwickie. 

Większość jezior swoje nazwy zawdzięcza legendom i historiom związanym z życiem wokół tych jezior w dawnych czasach. Jedno z jezior, to Ciganovac Jezero. Jego nazwa pochodzi od legendy o Cyganie, który łowiąc w jeziorze ryby utopił się w nim. Natomiast o największym i najgłębszym jeziorze, którego nazwa brzmi „Kozjak” legenda głosi, iż pewnej zimy 30 kóz uciekało przed stadem wilków. Jedynym ratunkiem była wyspa znajdująca się na jeziorze. Kozy biegły po częściowo zamarzniętym jeziorze. Lód był bardzo kruchy, nie wytrzymał ich ciężaru i wszystkie utopiły się w nim.

Na jeziorze Kozjak znajduje się długa na około 275 m i szeroka na 60 m- Wyspa Stefanii. Księżniczka odwiedziła to miejsce w 1888 roku.

Ciekawostki

Jeziora Plitwickie, to także miejsce, w którym na Wielkanoc 31 marca 1991 r. rozpoczęła się wojna.

Na obszarze parku były kręcone sceny do filmu „Winnetou”  oraz „Skarbu w srebrnym jeziorze”.