Archiwa tagu: dla dzieci

„Bogowie Wojny 2017” – XXII Festyn Archeologiczny w Biskupinie

W niedzielę 24 września razem z moją niezastąpioną ekipą znajomych odbyliśmy niezwykłą podróż. Podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Mieliśmy okazję cofnąć się do początków osadnictwa na terenie naszego kraju.

Troszkę historii

Odkrycie osady w Biskupinie było dziełem przypadku. W sierpniu 1933 r. podczas wycieczki szkolnej Walenty Szwajcer – młody nauczyciel z pobliskiej szkoły, zauważył pale sterczące z wody Jeziora Biskupińskiego. Dzięki odkryciu Szwajcera rok później w Biskupinie rozpoczęto, prowadzone na szeroką skalę, archeologiczne wykopaliska, które trwały do 1974 r. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku rozbudowano rezerwat archeologiczny w Biskupinie nadając mu obecny kształt.

Osada w Biskupinie powstała w VIII w. p.n.e. Gród znajdował się na wyspie o powierzchni około 2 ha. Osadę otaczał falochron i wał obronny o wysokości 6 m. Z lądem łączył osadę pomost o długości około 120 m, który prowadził do bramy z wieżą strażniczą. Zabudowę osady tworzyły drewniane, prawie jednakowe domy, uszeregowane w rzędy, przedzielone wyłożonymi drewnem ulicami. Każdy dom składał się z przedsionka i izby. Powierzchnia mieszkalna wynosiła od 70 do 90 m2. Szacuje się, że w Biskupinie żyło około tysiąca osób. Byli to Prasłowianie – przodkowie zamieszkujących te tereny w okresie późniejszym Słowian. Należeli do ludności kultury łużyckiej. Jednolity charakter zabudowy wskazuje na to, że mieszkańcy Biskupina nie tworzyli zróżnicowanej grupy. Prawdopodobnie znajdowali się w stadium pierwszej wspólnoty rodowej. Zajmowali się głównie uprawą roli, hodowlą, rzemiosłem oraz myślistwem i rybołówstwem.

Największą zaletą Muzeum Archeologicznego w Biskupinie jest to, że pokazuje ono „żywą historię”. Tutaj nie tylko można zobaczyć rekonstrukcje chat sprzed setek czy nawet tysięcy lat, ale także poznać zwyczaje żyjących tu kiedyś ludzi, ich pracę i rzemiosło. Wiedzy tej jednak nie zdobywamy słuchając przydługich i czasami nudnych wykładów, a samemu uczestnicząc w codziennych zajęciach naszych przodków i niejako przenosząc się do ich epoki.

I relacja Agnieszki

Dzisiaj ponownie oddaję klawiaturę mojej koleżance Agnieszce, której po wpisie o Woodstocku bardzo spodobało się pisanie 😉

„Myślałam że następny weekend minie jak zawsze, czyli porządki w domu, pranie, zakupy, opieka nad dziećmi, tradycyjny spacer po okolicznym lesie. Padło jednak hasło: „Jedziemy do Biskupina?” Kiedyś daaaawno temu byłam – chyba jeszcze w szkole podstawowej. Hmm… Myślę sobie tylko jak, tym bardziej że na wycieczkę zgłosiło się aż 8 chętnych?! Problem dosyć szybko się rozwiązał. Jeden samochód mamy, a drugi pożyczamy od rodziców jednej z nas. Całe szczęście prowadzę dość dobrze i na potwierdzenie posiadam nawet wkładkę na pojazdy uprzywilejowane 😉 

Z Poznania wyjechaliśmy dużo przed południem, trasa była bardzo spokojna i praktycznie pusta. Nawet dzieci były wyjątkowo grzeczne. Na miejscu po znalezieniu parkingu ruszyliśmy całą ekipą (przypominam – 8 osób w tym dwoje małych dzieci) do rezerwatu. Pierwszą  atrakcją która spotkaliśmy był peron kolejki wąskotorowej i sama kolejka w roli głównej. Lokomotywa parowa to jest coś co roczne dzieci uwielbiają (KLIK) . Najlepszy widok mieliśmy z pomostu prowadzącego do osady neolitycznej. Mój pobyt w sumie wiązał się z bieganiem za Hobbitem, który jak zawsze tryskał energią.  No dobra, jak reszta ekipy zerknęła na mały wulkan energii to udało mi się pstryknąć parę zdjęć. Było nas tak dużo że ciężko było razem tak cały czas chodzić, umówiliśmy się że spotykamy się w jednym punkcie i rozdzieliliśmy się, by każdy zobaczył co go najbardziej interesuje. Oglądaliśmy walki gladiatorów, walkę statków, mogliśmy zobaczyć czym zajmowali się ludzie daaaaawno temu. Siedmioletnia Emilka próbowała swoich sił w garncarstwie i ulepiła z gliny miseczkę.  Każdy z nas znalazł dla siebie coś ciekawego. Mały Hobbit zachwycił się też końmi. Mógł te wielkie „psy” pogłaskać, a nawet usiąść na nich. Spotkaliśmy się na wspólnym posiłku i uzgodniliśmy co robimy dalej. Czasu zbyt wiele nie mieliśmy. Tak naprawdę żeby zobaczyć wszystko ze spokojem to trzeba mieć zaplanowany cały dzień pobytu w Biskupinie.

Przez cały pobyt towarzyszyły nam dźwięki muzyki dawnej, między innymi zespołu Remdih i Comhlan. Na parking weszliśmy już gdy słońce chowało się za horyzontem. Byliśmy troszkę zmęczeni chodzeniem przez cały dzień, atrakcjami i naładowani pozytywnymi wrażeniami”.

Warto jeździć w takie miejsca z wielu powodów. Przede wszystkim mieliśmy okazję w końcu spotkać się razem, całą ekipą byłych i obecnych wolontariuszy. Ponad to, można zobaczyć na żywo jak kiedyś żyli ludzie, pokazać dzieciom coś innego niż tablet, potańczyć, posłuchać muzyki.

Po prostu być razem…

Wał oraz falochron przy wejściu do osady.
Zrekonstruowane domy.
Walki gladiatorów.

Walki łodzi.
Pokaz strzelania z łuku.
Osada neolityczna, 4000 lat p.n.e.
Osada mezolityczna 8000 – 5000 lat p.n.e.
Osada mezolityczna, 8000 – 5000 lat p.n.e.
Stanowisko archeologii eksperymentalnej.
Stanowisko archeologii eksperymentalnej, hodowla konika polskiego.

Nasza ekipa: Marcin, Michalina, ja, Agnieszka, Aga, Ewa i dzieci: Emi i Tymek.

Oszalałaś?! Z dziećmi na Woodstock?

Wystarczy powiedzieć lub napisać: Przystanek Woodstock, a niektórych już krew zalewa. Największe emocje wzbudza oczywiście wątek polityczno-ideowy oraz finansowy. Nie mniej czasu poświęca się na dyskusje na temat bezpieczeństwa podczas trwania festiwalu. Przecież to doskonałe warunki dla dilerów, a alkohol leje się strumieniami. Kradzieże, rozboje? Czyżby? Oczywiście jest w tym ziarno prawdy, ale żeby rzetelnie podejść do tematu warto spojrzeć na policyjne statystyki. Według danych policji z zeszłego roku, na Woodstocku pojawiło się prawie 400 tysięcy ludzi. W 18-tysięcznym Kostrzynie wyrosła prawdziwa metropolia. 

Woodstock

Policjanci zarejestrowali 256 sytuacji zakwalifikowanych jako wykroczenia. 232 zakończyły się mandatami, a na 24 osoby sporządzono wniosek o ukaranie do Sądu. Głównie chodzi tu o spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, zaśmiecanie, używanie słów nieprzyzwoitych, nieobyczajne wybryki, kradzieże, zakłócanie ładu i porządku publicznego oraz przewinienia związane z ruchem drogowym.

Zdarzeń nie jest więcej, niż w przeciętnym mieście, w którym jest tylu mieszkańców, ilu przyjechało na Przystanek Woodstock! 

Trzeba uważać jak wszędzie. Mnie w grudniu okradli w biały dzień w centrum Wiednia, ale to przecież nie spowoduje, że będę krytykować całą Austrię i siedzieć w domu. A tym bardziej nie należy tego robić, jeśli się nie było w danym miejscu osobiście. 

Sama nie jestem stałą bywalczynią błotnej areny pod kostrzyńską sceną. Ale moja koleżanka Agnieszka jeździ tam od lat i zna festiwal od podszewki. Dlatego teraz udostępniam jej klawiaturę, żebyście mieli informacje z pierwszej ręki 😉

Z dzieckiem na WOODSTOCK!? A co! Gdy powiedziałam znajomym i rodzinie, że w weekend 3-5 sierpnia wybieram się z chłopakami na Woodstock zaczęła się fala krytyki płynącej w moją stronę i stronę Przystanku Woodstock.

Ale jak to, przecież tam pijacy i ćpuny są?!!!
Dzieci narażać na takie widoki?!
Przecież jak one tam będą spać?
Wrrr….. Kto nie był niech zamilknie! 

To kolejny rok w którym wybrałam się z dziećmi do Kostrzyna nad Odrą. W tym roku z powiększoną ekipą (roczny Hobbit i trzynastoletni Elf, który wyciągnął kumpla z klasy). Troszkę się bałam jak to ogarnę? Jak być na koncercie z juniorem? 

Najgorsza chyba była trasa do pokonania z Poznania do Kostrzyna nad Odrą (180 km)  z rocznym bąblem, ale daliśmy radę. Dojechaliśmy w południe do naszego stałego punktu – parkingu poza terenem Przystanku. Cisza, spokój, można rozbić namiot, dostęp do wody, punkt gastronomiczny,  toalety.  Po rozbiciu namiotów, rozpakowaniu tobołków przyszedł czas by pokazać juniorowi inny świat 😉 Inny, bo wesoły i kolorowy. Hobbit był zachwycony. Miliony przybitych  „piątek” i „żółwików”, uścisków, buziaczków w czółko. Morze okazanej mi i Hobbitowi radości, przyjaźni, miłości. Na każdym koncercie tańczył, a raz udało mu się troszkę pospać. 

Ponadto dzieciaki w Akademii Małego Podróżnika mogły skorzystać z warsztatów etnograficznych, manufaktury recyklingu, rysowanek, malowania twarzy. Oprócz tego w ramach akcji „Kino za Rogiem” można było zobaczyć różne filmy animowane. Fundacja „Viva!” z kolei zadbała o to, by najmłodsi mogli poszerzyć swoją wiedzę z zakresu praw zwierząt. Będą mogli skorzystać ze specjalnych interaktywnych quizów.

Starszy syn i tak głównie krążył ze swoim kumplem. Robił za „przewodnika ” jako stały bywalec. Nie bałam się o nich, bo raz – jeden i drugi znał numer telefonu do mnie, dwa – byliśmy umówieni na kontakt co godzinę, a trzy – co krok był Pokojowy Patrol (KLIK). Chłopaki mieli swoje sprawy do obgadania, chcieli też kupić sobie jakieś  gadżety, a tych było co nie miara (KLIK).

Na posiłki spotykaliśmy się i wszyscy szliśmy razem do Krishnowców lub innych punktów gastronomicznych, które były na miejscu. Było w czym wybierać, od pyrów z gzikiem, zupy do pizzy.  Śniadania i kolacje jedliśmy przy namiotach. Zabraliśmy ze sobą pieczywo i coś na chleb. Na miejscu jak zawsze był też Lidl otwarty przez 24 h na dobę w którym można było kupić owoce, jogurty, pieczywo czy wodę.

Niestety z racji rocznego brzdąca około godziny dwudziestej drugiej lądowaliśmy  na kempingu/parkingu. Sen wzywał juniora. My zresztą też szykowaliśmy się do snu, rano czy chcieliśmy czy nie junior budził wszystkich. 

Hmm… Czy warto jeździć z dziećmi? Czy jest sens? Pewnie, że jest. Najlepiej w kilka rodzin. Zawsze można się wymieniać, gdy ktoś chce iść na dany koncert, ktoś  nie pije alkoholu dziś a jutro ta druga osoba sobie wypije… Oczywiście jeśli ktoś chce. Będąc z dzieckiem na Przystanku Woodstock koniecznie trzeba zaopatrzyć się w krem przeciwsłoneczny, nakrycia głowy dla nas i dla dziecka, jedzenie  np. mleko w proszku, gotowe deserki i obiadki, ulubione zabawki naszego szkraba ( u nas w takich sytuacjach sprawdzają się idealnie ). Na co uczulam, nieważne dokąd się wybieramy z naszymi pociechami, to fakt żeby starsze dziecko znało nasz numer telefonu na pamięć a młodsze dzieci miały go zapisanego na specjalnej opasce zakładanej na rączkę. I jeszcze coś, bez czego nie ma co się wybierać na Woodstock – radość, miłość i przyjaźń! 

Energylandia – rozrywka dla całej rodziny

Lubicie wesołe miasteczka? Ja bardzo! Po wizycie w kilku za naszą zachodnią granicą (m.in. Heide Park, Legoland), przyszła pora żeby odwiedzić największy park rozrywki w Polsce. A w testowaniu tego stosunkowo nowego przybytku uciech i zabaw pomagała mi córka mojej przyjaciółki, 10-letnia Weronika. Również dzięki tej malej gadule kilkugodzinna podróż minęła jak jedna chwila, a ja jestem bogatsza o wiedzę o królikach, chomikach, koniach i innych czterołapnych 😉 Bardzo bałam się o pogodę, ale miałyśmy szczęście, nie było ani upału ani deszczu. Niebo przez większą część dnia było zachmurzone, ale było ciepło i przyjemnie. 

Wejście do Energylandii.

Energylandia mieści się w Zatorze, mieście pomiędzy Katowicami a Krakowem. Na ponad 26 hektarach (docelowo 112 ha) znajduje się łącznie ok. 80 atrakcji przeznaczonych dla wszystkich grup wiekowych, w tym 10 rollercoasterów, liczne karuzele i urządzenia ekstremalne, a także restauracje, bary, sklepy z pamiątkami oraz sceny, na których prezentowane są krótkie widowiska. Park dzieli się na cztery strefy: Bajkolandię, Familijną, Ekstremalną i od 2016 w skład wchodzi również Water Park. 

Miłośnicy mocnych wrażeń mogą wsiąść na rollercoaster Mayan – największy w naszej części Europy rollercoaster. Prędkość wagoników w tej kolejce wynosi 80 km/h a przeciążenia podczas przejazdu sięgają nawet 5g. To uczucie którego doświadczają piloci myśliwców. Wysokość konstrukcji wynosi prawie 75 m wysokości co odpowiada 10- piętrowemu wieżowcowi. Równie ekstremalnych wrażeń doznamy na kolejce Formuła 1. Niezapomniane kilkanaście sekund! 

Z kolei na tych, którzy wolą spokojniejszą zabawę czeka m.in. Pyramid Cinema 7D i Planetarium.

Jeśli chcecie korzystać z urządzeń wodnych, polecam zabrać ubrania na przebranie lub peleryny przeciwdeszczowe. My po wizycie na spływie Kopalnia Złota i Splash Battle byłyśmy totalnie przemoczone. Można również za 5 zł wejść do ogromnej turbosuszarki.

Ceny biletów przystępne: normalny 109 zł, ulgowy 59 zł. Są też rożne zniżki np. dla osób niepełnosprawnych czy kobiet w ciąży. Niestety w sezonie letnim, w Energylandii nawet w tygodniu można spotkać tłum ludzi, a kolejki do niektórych atrakcji sięgają aż 60 minut. Przez to niestety nie udało nam się skorzystać z wszystkich. Może nadrobimy to w przyszłym roku, ale na pewno już poza sezonem wakacyjnym 

Punkt widokowy „Domek elfów”.
Energuś – kolejka dla całej rodziny.
Battle Splash.
Atlantis – dzika rzeka.

Boomerang.
Formuła 1.

Ogrody Keukenhof – ocean kwiatów

Holandia – kraj tulipanów, wiatraków, wszechobecnych rowerów i cukierków z lukrecją. 3 lata temu miałam okazję przez jakiś czas tam mieszkać i studiować. Do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem jaki wywarł na mnie ten kraj. Czysto, zielono, wspaniali i pomocni ludzie i to „coś”, co tak mnie urzekło. W tygodniu pochłaniały mnie badania prowadzone na uczelni w Wageningen, ale weekendami zwiedziłam wiele wspaniałych miejsc: Arnhem, Amsterdam, Hagę, Oterllo…. Podczas swojego pobytu, nie dotarłam jedynie do Ogrodów Keukenhof, uważanych za jedne z najpiękniejszych na świecie.

Po latach zdecydowałam, że koniecznie to miejsce muszę „odhaczyć” na liście tych zwiedzonych. Klamka zapadła – weekendowa wycieczka wykupiona. Nawet 2 noce które miałam spędzić w autokarze mnie nie przerażały 🙂

Wejście do Ogrodów Keukenhof.

Ogrody Keukenhof znajdują się w miejscowości Lisse, zaledwie 30 km na południowy zachód od Amsterdamu. Nazwa w wolnym tłumaczeniu, oznacza „kuchenny ogród”. Została ona zaczerpnięta z XV wieku, kiedy hrabina Bawarii, Jacoba van Beiern, spacerowała miejscowymi lasami i łąkami w poszukiwaniu ziół, owoców i warzyw, z których przyrządzała potrawy w swojej kuchni. Ogród oficjalnie trafił na listę atrakcji turystycznych w 1949 roku, kiedy z inicjatywy burmistrza 20 producentów kwiatowych cebulek postanowiło stworzyć tymczasową wystawę własnych okazów. Pomysł przypadł do gustu Holendrom, a już kolejna edycja, która odbyła się rok później, ściągnęła do Lisse 236 tysięcy gości. Dziś to miejsce uznaje się za atrakcję o międzynarodowej sławie.

Ogrody zostały zaprojektowane w stylu angielskim przez parę znanych architektów krajobrazu o nazwisku Zocher. Każdego roku ogrodnicy sadzą ręcznie ponad 7 milionów kwiatów cebulowych ponad 1600 różnych odmian: m.in. tulipany, żonkile, hiacynty i szafirki. Na obszarze 32 ha prezentowane są kompozycje tworzące kolorowe kobierce. Jesienią cebulki kwiatowe wsadzane jest do ziemi. Ogród otwierany jest dla zwiedzających tylko przez 2 miesiące – od połowy marca, kiedy rośliny zaczynają kwitnąć, do połowy maja, kiedy okres kwitnienia się kończy. Po zamknięciu ekspozycji cebulki są wykopywane i po okresie spoczynku, jesienią znów wsadzane, aby wiosną zaprezentować zwiedzającym nowe odmiany, kolory i kompozycje.

W tym roku tematem przewodnim jest „Holenderskie wzornictwo” („Dutch Design”.). Stąd m.in. w ogrodzie odtworzono, sadząc 80 000 kwiatowych cebulek, jeden z abstrakcyjnych obrazów Pieta Mondriaana. W ten sposób powstała niezwykła mozaika o powierzchni 250 metrów kwadratowych.

Holendrzy są znani z tego, że ich przydomowe ogródki to najważniejsza cześć ich posiadłości, pieczołowicie je pielęgnują niejednokrotnie wydając na to fortunę, lecz to, co możemy obserwować tutaj jest jeszcze doskonalsze. Niejednokrotnie można obserwować ogrodników, którzy wbijają cieniutki drut, który posłuży jako wsparcie dla każdej sztuki hiacynta. Zazdrość budzą idealnie posiane i przystrzyżone trawniki. Aby otrzymać tak spektakularny widok, co roku jest tu wysiewane około 7000 kg trawy. 

Ogrody Keukenhof wymagają poświęcenia przynajmniej całego dnia na zwiedzanie, tak, aby niespiesznie móc przejść się przez wszystkie z ponad 15 km dostępnych alejek. Zwiedzać można także pawilony, w których znajdują się bardzo interesujące odmiany roślin, w tym największą na świecie kolekcję orchidei. Można się również zapoznać z całym cyklem produkcyjnym roślin cebulowych. Nazwy pawilonów nawiązują do imion członków rodziny królewskiej. 


Dla chętnych realizowane są około godzinne rejsy łódką wśród tulipanowych pól (8 euro – kwiecień 2017). 

Oczywiście, jak w każdym ogrodzie z prawdziwego zdarzenia i w ogrodach Keukenhof nie może zabraknąć labiryntu i różnych zakątków wodnych oraz malowniczych zagród ze zwierzętami, ustronnych zaułków, w których można odpocząć.

W Keukenhof wprowadzono szereg udogodnień dla osób niepełno – sprawnych. Równie serdecznie wita się tutaj dzieci, dla których przy wejściu można wypożyczyć wózek spacerowy, a także… psy. Psy trzymane oczywiście na smyczy i niezagrażające bezpieczeństwu innych zwiedzających. 

21 kwietnia przed bramą Keukenhof przejechała parada kwiatów Bloemencorso. Parada Bloemencorso jest jedną z najbardziej znanych parad kwiatowych na świecie. Kilkanaście platform i aut ozdobionych wspaniałymi kwiatowymi kompozycjami zachwycało swoim wyglądem i zapachem.  



Największym minusem tego miejsca, są ogromne ilości ludzi, którzy przyjeżdżają z całego świata, aby móc podziwiać wspaniałe rabaty kwiatowe. Tak więc można zapomnieć o możliwości spacerów w ciszy i spokoju w tym urokliwym miejscu. Jednak i tak warto zawitać tutaj. 

Poznań rogalem stoi

Dla Poznaniaków 11 listopada to nie tylko Dzień Niepodległości, ale również Dzień św. Marcina, patrona m.in. dzieci, hotelarzy, kowali, młynarzy, podróżników oraz żebraków i żołnierzy, a także dzień w którym bezkarnie zajadamy się przepysznymi słodkościami.

Tego dnia na głównej ulicy naszego miasta – na św. Marcinie, odbywa się festyn „Imieniny ulicy”.  W swojej obecnej formie istnieje od 1993 roku, jednak tradycją nawiązuje do średniowiecznych obchodów tego święta. W tym dniu ulicą przechodzi pochód na czele ze świętym Marcinem, który przed Zamkiem z rąk prezydenta miasta odbiera klucze. Bez zbędnego patosu, radośnie i pozytywnie.

Imieniny ulicy.

Święty Marcin na białym koniu.
Święty Marcin na białym koniu.
Św. Marcin z kluczem do miasta.
Św. Marcin z kluczem do miasta.

A dlaczego akurat św. Marcin został patronem ulicy i skąd taki szalony pomysł, aby obchodzić jej imieniny?

W XII wieku w Poznaniu powstał kościół pw. św. Marcina. W tych czasach święty cieszył się popularnością właściwie w całej chrześcija-ńskiej Europie. Niewiele później wokół świątyni rozwinęła się osada, którą nazwano – a jakżeby inaczej – Święty Marcin. W jej pobliżu wytyczono ulicę, która do dziś nosi jej nazwę. I która co roku 11 listopada obchodzi imieniny.

O rogalach słów kilka.

Tego dnia Poznaniacy szturmują cukiernie, bo przecież trzeba zjeść tradycyjnego rogala świętomarcińskiego! Te pyszności, o kształcie półksiężyca i wadze od 150 do 250 g, wypiekane są z ciasta półfrancuskiego, nadziewane masą z białego maku i bakalii (migdały, rodzynki, figi i daktyle). Rogale są ozdobione białą pomadą zrobioną z lukru i posypane posiekanymi drobno orzeszkami. W ciągu roku piekarze wypiekają około 500 ton (2,5 mln sztuk!) tego przysmaku, z czego połowa zostaje przygotowana specjalnie na 11 listopada. Swoją drogą rogal najlepiej smakuje właśnie tego dnia. Na wartość kaloryczną opuśćmy zasłonę milczenia, w końcu raz w roku każdy chyba może sobie pozwolić na odrobinę przyjemności i słodkości 😉 

Poznaniacy wiedzą co dobre ;)
Poznaniacy wiedzą co dobre 😉

Nazwy „rogale świętomarcińskie” lub „rogale marcińskie”, dla swoich wyrobów mogą używać tylko te cukiernie, które uzyskały certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego, która powstała z inicjatywy Cechu Cukierników i Piekarzy w Poznaniu, Izby Rzemieślniczej i Urzędu Miasta Poznania. W tym roku certyfikat taki uzyskało około 100 piekarni i cukierni.

Te dwie nazwy zostały również wpisane do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w Unii Europejskiej.

 A skąd on się właściwie wziął?

Tradycja wypieku rogali może mieć swe korzenie w czasach pogańskich, kiedy to podczas jesiennego święta składano bogom ofiary z ciasta zawijanego w bawole rogi. Przyjmuje się, że kształt rogalika nawiązuje właśnie do zwierzęcych rogów. Niektórzy twierdzą, że Kościół przejął ten zwyczaj, łącząc go z postacią świętego Marcina.

Nie wiadomo dokładnie, od kiedy w Poznaniu i okolicach wypieka się rogale. Za datę początkową przyjmuje się rok 1891, kiedy to ksiądz z kościoła p.w. św. Marcina w Poznaniu –  Jan Lewicki, poprosił wiernych, by naśladując świętego, patrona żebraków – w dniu jego święta zrobili coś dobrego dla ubogich.

Na apel kapłana odpowiedział cukiernik Józef Melzer, których upiekł trzy blachy rogali i przyniósł je pod drzwi świątyni. Bogatsi poznaniacy kupowali smakołyk, a biedni byli nimi obdarowywani. W kolejnych latach w jego ślady poszli kolejni piekarze – i tak miała narodzić się tradycja wypieku rogali świętomarcińskich, która jest żywa do dziś. Prawdopodobnie jednak rogale wypiekano już wcześniej.

10 listopada 1852 roku w Gazecie Wielkiego Księstwa Poznańskiego cukiernia Antoniego Pfitznera zamieściła następujący anons: „Jutro w Czwartek Rogale nadziewane, po różnych cenach w cukierni A. Pfitznera, ulica Wrocławska”. Przyjmuje się, że Józef Melzer mógł spopularyzować funkcjonujący na mniejszą skalę wypiek rogali.

Legenda o rogalach świętomarcińskich.

Z postacią św. Marcina i wypiekiem rogali wiąże się znana legenda. Według niej – a przecież w każdej legendzie jest ziarnko prawdy – jednemu z poznańskich piekarzy, niejakiemu Walentemu, przyśnił się jadący na białym koniu święty Marcin. Rumak świętego w pewnej chwili zgubił podkowę, którą podniósł Walenty. Zainspirowany jej kształtem, uformował ciasto z migdałami. Następnie upieczone rogale rozdał biednym, pamiętając o postawie świętego, który również wspierał ubogich.

Legendę w zabawny sposób przestawia książka dla dzieci Elizy Piotrowskiej pt. "Legenda o rogalach świętomarcińskich".
Legendę w zabawny sposób przestawia książka dla dzieci Elizy Piotrowskiej pt. „Legenda o rogalach świętomarcińskich”.

Tym z was, którzy chcą dowiedzieć się czegoś więcej o rogalach lub po prostu lepiej poznać Poznań, serdecznie polecam Rogalowe Muzeum Poznania (KLIK). W muzeum tym poznacie stolicę Wielkopolski, jej specyfikę, język oraz symbole,w kameralnej, swobodnej atmosferze pokazów na żywo.

Ostatnie dni lata

„Mimozami jesień się zaczyna 
Złotawa krucha i miła 
To ty to ty jesteś ta dziewczyna 
Która do mnie na ulicę wychodziła…”

Jednak zanim nadeszła złota polska jesień, wykorzystałyśmy ostatnie dni lata na weekendową (10-11.09) wyprawę nad morze. W tym roku chyba wrzesień zamienił się miejscami z lipcem i rozpieszcza nas wspaniałą pogodą. Woda w Bałtyku ciepła, ludzi na plaży sporo, ale bez tłoku. Cisza i spokój. 

Plaża w Sianożętach.
Monika z synkiem.

 

Plaża w Ustroniu Morskim.

Będąc nad morzem oczywiście nie można odpuścić wyprawy na zachód słońca.

Miniony sezon wakacyjny uważamy za bardzo udany podróżniczo. Podczas tego lata zobaczyłyśmy wiele ciekawych miejsc, zarówno tych w Poznaniu i najbliższej okolicy. jak i tych setki kilometrów od domu. Odkryłyśmy również swoją nową pasję – turystyczne rajdy samochodowe, które na pewno będziemy kontynuować. 

Jesień i zima nie zamkną nas w domu, bo przecież podróżować można w każdą pogodę, prawda? 🙂

Sposób na…upalny dzień

Mieszkając w bloku czasami odnosi się wrażenie, że w tym betonie człowiek zaraz zejdzie śmiertelnie z powodu uduszenia. Gdy patrzysz przez okno a tam 40 stopni w słońcu, w domu coraz goręcej, atmosfera gęstnieje…trzeba wyjść, ale dokąd…wtedy bez zastanowienia biorę ręcznik, wodę i krem do opalania. Chwileczkę…ale dokąd to? Edycja-Cofnij. Materac, piłka, zabawki na plażę, kanapki…dzieci mają swoje potrzeby 🙂 Kolejno odlicz i jedziemy. Pozostaje wybrać miejsce:

– najlepiej niedaleko, żeby za długo nie jechać

– najlepiej z jak najczystszą wodą, żeby się nie nabawić niechcianych gości

– najlepiej z długim brzegiem żeby dziecko miało miejsce do zabawy

– najlepiej aby była plaża i drzewa chroniące przed udarem słonecznym

– najlepiej żeby woda była ciepła

– najlepiej może nie jechać?

Co to, to nie. Tylko aby spełnić te wszystkie wymagania potrzeba cudu. Zatem spośród wszystkich wybiera się kilka najważniejszych i jedzie. Na dziś polecić mogę jezioro Kierskie (jezioro polodowcowe), które jest największym zbiornikiem wodnym Poznania o powierzchni 285,6 ha, objętości 28,86 mln m3, głębokości maksymalnej 37,6 m i średniej 10,1 m. Położone w zlewni rzeki Samicy, ma kształt rynny o długości 4800 m i szerokości 2100 m, ciągnącej się od Krzyżownik do Kiekrza.

W ciągu ostatnich kilkunastu lat jakość jego wód ulegała ciągłej poprawie. Przezroczystość wody wynosi w lecie 1,15 m, a średnie stężenie chlorofilu-a w powierzchniowej warstwie wody to 55 μg/l, co kwalifikujące wody jeziora do V klasy.

Mówi się o zapleczu rekreacyjnym miasta i gmin ościennych, gdzie znajdziemy 22 ośrodki wypoczynkowe, plaże i kluby żeglarskie oraz liczne działki. Warto wiedzieć, że jezioro to jest jednym z centrów żeglarstwa w Polsce. To właśnie w Kiekrzu, w 1933 r. powołano Jacht Klub Wielkopolski. Marynarze z Kiekrza, wśród nich olimpijczycy i uczestnicy żeglarskich mistrzostw świata, mogą pochwalić się wieloma sportowymi sukcesami. Poznański Klub Morski LOK organizuje całoroczne zajęcia z żeglarstwa.

Zimą na jeziorze spotkać można bojerowców, fanów ice-boardów i paralotniarzy na łyżwach lub nartach. Przeszło 12-kilometrowa linia brzegowa jeziora zapewnia warunki dla rekreacji oraz turystyki pieszej i rowerowej. Ponadto jezioro należy do najlepiej zarybianych przez Polski Związek Wędkarski i jest ogólnodostępne do wędkowania przez cały rok. Wędkarze mogą liczyć na sielawę, węgorza, sandacza, szczupaka, okonia, amura białego, karpia czy leszcza. Dla mnie jezioro Kierskie to: długi brzeg, ciepła woda, przyjemny wypoczynek.

Udanego i bezpiecznego wypoczynku nad wodą 🙂

Podnośnia statków Niederfinow – cud hydrotechniki

Słyszeliście kiedyś o „windzie” dla statków? Jak takie coś mogłoby wyglądać? Żeby się o tym przekonać, najlepiej wybrać się do niemie-ckiego Niederfinow. Letnia pogoda jest idealna na taką wyprawę i kilkugodzinny rejs niewielkim statkiem. Razem z mamą wybrałyśmy wycieczkę organizowaną przez jedno z poznańskich biur podróży, ale samodzielny dojazd też jest łatwy i szybki. 

Po zajęciu miejsc na statku, można było już tylko podziwiać widoki i czekać na najważniejszy punkt programu.

Rejs statkiem po kanale Odra-Hawela.

No i w końcu w oddali jest i ona – śluza windowa w Niederfinow.

Śluza windowa (podnośnia dla statków) w pobliżu miejscowości Niederfinow, zaliczana do światowych cudów hydrotechniki, jest największym i najstarszym tego typu obiektem w Niemczech. Znajduje się na Kanale Odra-Hawela, czyli drodze wodnej, którą najczęściej pływają na zachód polskie statki śródlądowe. Zbudowana została w latach 1927-1934 kosztem 27,5 miliona ówczesnych marek niemieckich. Podnośnia ma 60 m wysokości, 94 m długości i 27 m szerokości, natomiast różnica poziomów pomiędzy górnym a dolnym odcinkiem kanału wynosi 36 metrów. Różnicę tę statki pokonują w wypełnionej wodą olbrzymiej wannie, która jest podnoszona lub opuszczana za pomocą czterech mechanizmów zębatkowych. Metalowa wanna, wypełniona wodą waży 4290 t, stabilizowana jest 256 linami stalowymi, o średnicy 52 mm. Mogą w nią wpłynąć statki rzeczne o długości do 84 m. Są w niej podnoszone lub opuszczane w ciągu zalewie 5 minut, z prędkością 12 cm/s. Pełne przepłynięcie przez podnośnię trwa 20 minut. Wcześniej, gdy statki pokonywały śluzy, trwało to 2 godziny.

Statki wpływają do wanny.
Po zamknięciu śluzy winda rusza w górę.
Między elementami konstrukcji migają nam wierzchołki drzew.
Kładki dla zwiedzających w górnej części konstrukcji.
36 metrów wyżej. Możemy płynąć dalej.

Ze względu na wiek podnośni (82 lata) oraz niedostateczne parametry techniczne („wąskie gardło” na Kanale Odra-Hawela), w 1992 podjęto decyzję o wybudowaniu obok istniejącej nowej podnośni. Prace ziemne nad nową śluzą rozpoczęto jesienią 1996. Przewidywany koszt urządzenia to 285 mln euro. Oddanie do użytku nowej podnośni ma nastąpić w roku 2016. Jednak starsza podnośnia ma pozostać równolegle w użyciu do roku 2025.

Widok na nową podnośnię.

Odwiedzający nową podnośnię będą mogli ją podglądać w trakcie pracy, zostanie ona udostępniona wszystkim zwiedzającym dzięki windom, schodom, drogom, kładkom i mostkom, przystosowa-nym również dla osób niepełnosprawnych.  Galerie dla zwiedzających znajdują się na wysokości 49,95 m nad poziomem morza we wnętrzu obiektu i biegną bezpośrednio nad korytem wzdłuż dźwigarów oraz na zewnątrz między pylonami za dźwigarami kratownicowymi. Trzy mostki są zawieszone nad korytem pomiędzy znajdującymi się na przeciwko siebie pylonami oraz wschodnim końcem. W ten oto sposób zwiedzający będą mieli okazję do zapoznania się z bliska z techniką podnośni statków i dodatkowo będą mogli z poziomu wielu stanowisk cieszyć się wspaniałą panoramą Barnimer Land. Po zakończeniu prac budowlanych będzie również możliwe dzięki nowym trasom dla zwiedzających i mostom kanałowym oglądanie górnego basenu wejściowego i starej śluzy.

Co roku Niederfinow odwiedza 150 000 turystów. Miejsce to jest naprawdę godne polecenia. Niezwykłe jest uczucie, kiedy razem ze statkiem wznosimy się na taką wysokość.

W pobliżu Niederfinow znajduję się inne, prawie tak samo ciekawe miejsce – gotycki zespół klasztorny położony w pobliżu miasta Chorin, około 20 km na zachód od granicy polsko-niemieckiej. Dawne opactwo Cystersów, sekularyzowane w 1542, obecnie jest w częściowej ruinie. Ze względu na bogactwo form architektonicznych z XIV w. zespół ten zaliczany jest do najcenniejszych przykładów gotyku ceglanego.

Zespół klasztorny w miejscowości Chorin.

Deli Park w Trzebawiu

Zastanawiam się czym jest…czy to zoo, czy park miniatur, czy park gigantycznych zwierząt…ale jakich? Z jednej strony gigantyczny mamut, z drugiej gigantyczna mrówka, a między nimi traktor, fontanna z epoki i zagrody dla zwierząt. Co autor chciał osiągnąć?

Prehistoryczne zwierzaki.
Miniatury. Brama Brandenburska.

W odległości 20 km od Poznania, w miejscowości Trzebaw znajdziemy park edukacyjno – rozrywkowy na 60 000 m² powierzchni. Położony jest na skraju Wielkopolskiego Parku Narodowego, na terenie którego w epoce lodowcowej żyły mamuty, nosorożce włochate i tury.

Niestety nie mogę polecić tego miejsca jako dobrej lokalizacji do wypoczynku. Oprócz dokuczających tłumów, przygniotły mnie i prawie zmiażdżyły finansowo ceny w parku. Pomijam fakt wysokiej opłaty wstępnej. Pytam tylko za co płacę na wstępie skoro każda dodatkowa atrakcja w parku jest ekstra płatna (kolejka dziecięca, koniki pluszowe do jazdy). Jeśli szukasz miejsca, w którym na dziecięce atrakcje możesz wydać dużą gotówkę to idealna lokalizacja.

Oprócz licznych wad na temat których mogłabym się rozpisywać, jeden aspekt zasługuje na uwagę mianowicie Podniebna Eko-Wioska.  Atrakcja ta składa się z systemu domków oraz tarasów zainstalowanych na licznych drzewach połączonych wiszącymi mostami. Dzięki siatkom bezpieczeństwa nasze maluchy mogą się swobodnie przemieszczać. Trasa ma długość 250 metrów. Szczerze polecam rozwiązywanie zagadek ekologicznych i podziwianie okolicznej „zwierzyny”. Podniebny spacer był bardzo przyjemny, ciekawy i inspirujący. Zadbałabym o to miejsce i rozbudowała je, bo jest warte obejrzenia. 

Widok na wejście i zejście z Eko-Wioski.
Spacer kilka metrów nad ziemią był fajną zabawą.
Oprócz leśnej zwierzyny z podniebnej Eko-Wioski można było dostrzec gigantyczne pająki.

Obecne z nami dzieci (2,5 i 8 lat) również były troszkę zawiedzione Deli Parkiem. Miała to być zabawa na większość dnia, a uciekali-śmy stamtąd po niecałych 3 godzinach.

Właściciele Deli Parku powinni pójść w jednym kierunku i na przykład skupić się tylko na prehistorycznych zwierzakach, no i oczywiście dalej inwestować w rozwój Eko-Wioski. A miniatury najpiękniejszych polskich i światowych zabytków zostawić dla Skansenu Miniatur w Pobiedziskach. 

A może ktoś z was, drodzy Czytacze, był już w Deli Parku i może podzielić się z nami swoimi wrażeniami?

Majówka w Nowym Zoo

Długo wyczekiwany weekend majowy. Każdy z nas już pewnie dawno zaplanował gdzie go spędzi. Zakopane, Mazury? Nie trzeba wcale wyjeżdżać daleko, aby dobrze się bawić i wypocząć. Duże miasta, które na co dzień są zatłoczone i zakorkowane, praktycznie się w tym czasie wyludniają. I to jest dobra wiadomości dla tych, którzy postanowili zostać na majówkę w mieście. A majówka w mieście wcale nie musi być nudna. Tym bardziej, że w dniach 30.04-1.05 trwała w Poznaniu IX edycja akcji „Poznań za pół ceny”, dzięki której  mieszkańcy i turyści mogli wybierać spośród 165 atrakcji. Z tej masy atrakcji jakie oferował nam Poznań, w sobotę wybrałyśmy się do Nowego Zoo. Tym bardziej, że tego dnia rozpieszczała nas wręcz letnia pogoda.

Auto najlepiej zostawić przy Śródce, a do zoo dojechać kolejką „Maltanką”. Trasa Maltanki jest bardzo malownicza i prowadzi wzdłuż jeziora Malta. Jest to jedna z ostatnich w Polsce kolei wąskotorowych o szerokości toru 600 mm. Kolejka zatrzymuje się na trzech stacjach: Ptyś (przy Termach), Balbinka (Balbinka jest miejscem mijania się dwóch pociągów) oraz ostatnia stacja Zwierzyniec.

Kolejka „Maltanka”

Z ostatniej stacji jest już tylko kilkanaście metrów do bram Nowego Zoo. Ponieważ przyjechałyśmy z samego rana, udało nam się uniknąć gigantycznych kolejek do kas, które pojawiły się tam już około południa. Ostatnio wprowadzono możliwość zakupu biletów przez internet, co ma zmniejszyć ewentualne kolejki. Oby sprawdziło się to rozwiązanie 😉

Trochę historii

Wejście do Nowego Zoo

Nowe Zoo w Poznaniu założone w 1974 roku, jest jednym z największych ogrodów zoologicznych w Polsce. Zajmuje obszar 120,68 ha usytuowanych na pagórkowatym terenie leśnym z sześcioma rozległymi stawami o łącznej powierzchni ponad 13 ha, stanowiąc naturalne siedlisko fauny krajowej. Nowe Zoo słynie z kolekcji ptaków drapieżnych oraz sów, która należy do jednej z najbogatszych w Europie.

Ogród otwarto w setną rocznicę powstania Starego Zoo przy ul. Zwierzynieckiej z którym tworzy integralną całość jako Ogród Zoologiczny w Poznaniu. Pierwszymi zwierzętami prezentowanymi w Nowym Zoo były jelenie europejskie, daniele, wielbłądy, lamy i gwanako andyjskie. W 1978 roku powstał pawilon insektarium prezentujący owady, pajęczaki i mięczaki. W 1995 roku otwarto pierwszy w Polsce Pawilon Zwierząt Nocnych, a także sprowadzono po raz pierwszy w historii ogrodu nosorożca.

Flamingi.
Ani trochę nie bały się ludzi. Niestrudzenie zbierały okruszki z ziemi.

Każdy kot jest taki sam. Do szczęścia potrzebuje pełnej miski, spokoju i słoneczka 🙂
Mangusta karłowata.

Słoniarnia

Chyba najpiękniejszym i najbardziej obleganym przez turystów jest budynek i wybieg Słoniarni oddany do użytku w 2008, zamieszkiwany przez 4 słonie: Ninio, Lindę, Kingę i Kizi.

Panorama za Słoniarnią w tle.
Część słoniowego stada.

Jej Misiowość Cisna

Drugim bardzo ciekawym miejscem jest Azyl dla niedźwiedzi, w którym aktualnie przebywają 4 niedźwiedzie brunatne. Pierwsze trzy o imionach: Wania, Misza i Borys sprowadzono do Poznania w październiku 2013 ze schroniska w Korabiewicach. Obecnie z tej męskiej trójki został tylko Borys. Na początku kwietnia 2016 z Ogrodu Zoologicznego w Braniewie sprowadzono dwie niedźwiedzice, nazywane Ewka i Gienia, w tym samym miesiącu do azylu trafiła dwumiesięczna niedźwiedzica Cisna, znaleziona bez matki w Bieszczadach w okolicach miejscowości Cisna. O losach malutkiej niedźwiedzicy słyszała chyba cała Polska. 

Malutka Cisna (wcześniej Puchatka).

Motylarnia

W Motylarni  wśród egzotycznej roślinności można oglądać żywe motyle tropikalne. Motyle wylęgają się z poczwarek przesyłanych z farmy hodowlanej w Stratford w Anglii i wypuszczane są w hali wolnego lotu. Dokarmiane są roztworem miodu i pyłku oraz sokiem dojrzałych owoców na poidełkach imitujących kwiaty. Podziwiać można tu ulotne piękno lśniąco niebieskich Morpho z Ameryki Południowej, dużego białego motyla z czarnym użyłkowaniem Idea leuconoe, jaskrawo ubarwione Heliconius o niepowtarzalnych wzorach, Caligo memnon z pawimi oczkami na skrzydłach i wiele innych gatunków motyli z tropikalnych rejonów świata. 

Warto wiedzieć

– Po terenie zoo można się poruszać darmową kolejką, która zatrzymuje się na kilku przystankach, przy najważniejszych wybiegach. 

– Pozostawienie auta na parkingu przy samym zoo, to koszt 4 zł za każdą rozpoczętą godzinę. Dlatego bardziej opłaca się tu dojechać Maltanką lub autobusem.

– Na terenie zoo jest sporo punktów gastronomicznych, więc nawet jeśli nie zabraliśmy nic z domu, to na pewno nie wyjdziemy stąd głodni (pomijam koszty). Jest też gdzie usiąść i odpocząć.

– Zoo jest bardzo dobrze oznakowane. Nie idzie się  zgubić czy nie trafić do ulubionego zwierzaka. A jak już trafimy, to można przeczytać o zwierzaku kilka ciekawostek.

Tak wygląda oznakowanie zoo.

Odwiedzając Nowe Zoo trzeba się nastawić na to, że żeby zrobić to ze spokojem i wszystko zobaczyć, trzeba na wyprawę przeznaczyć z połowę dnia.

Warto 🙂

P.S. Jej Misiowość Cisna jest strasznym żarłokiem i wypija hektolitry mleka dziennie 🙂 Jest to mleko specjalistyczne i bardzo drogie, dlatego pracownicy zoo proszą o wsparcie finansowe:

Wpłaty: z dopiskiem „Niedźwiadek Cisna i jej przyjaciele”, PKO BP S.A. 72 1020 4027 0000 1702 1263 5951.