Archiwum kategorii: Polska

Osadnik Gajówka czyli Malediwy w Wielkopolsce

Po raz pierwszy o tym miejscu przeczytałam na jednej z grup podróżniczych na Facebooku. Ktoś wrzucił 3-4 przepiękne zdjęcia i podał nazwę „Lazurowe jezioro”. Szybki rekonesans w internecie i już wiedziałam, że mam nową pozycję na swojej liście „must see”.

Co prawda, na spacer brzegiem jeziora musiałam poczekać kilka miesięcy, to w końcu udało się to na początku października, przy okazji odwiedzin u moich przyjaciół w Koninie.

Osadnik Gajówka potocznie zwany Lazurowym Jeziorem zlokalizowany jest w województwie wielkopolskim, w gminie Przykona. 120 km od Poznania, 7 km od Turku. Prowadzi tutaj asfaltowa droga, nie trzeba wjeżdżać w szutrówki. Jadąc samochodem od strony Turku ujrzycie zbiornik po prawej stronie. Po lewej stronie znajduje się darmowy parking.

Zdjęcie z bloga www.mamasaidbecool.pl.

Osadnik Gajówka jest sztucznym zbiornikiem wodnym o powierzchni około 100 ha. Zbiornik stanowi fragment dawnego wyrobiska KWB Adamów. Został wypełniony wodą i jest wykorzystywany jako składowisko popiołów i żużli przez Elektrownię Adamów.

Woda swój przepiękny lazurowy kolor zawdzięcza zawartemu w niej węglanowi wapnia. Jednak ze względu na jej skład i silnie zasadowy odczyn (ph 12) zabroniona jest kąpiel. Trzeba również uważać chodząc obwodem akwenu, ze względu na nieustabilizowane, grząskie brzegi. Chwila nieuwagi może skończyć zapadnięciem się w tą pokopalnianą pulpę po kolana czy pas (byliśmy tego świadkami podczas naszego spaceru).

 W północnej części, przy lokalnej drodze, utworzono punkt widokowy (115 m n.p.m.), zapewniający możliwość oglądania panoramy zbiornika.

Naprawdę warto odwiedzić Osadnik Gajówkę. Widoki, nietypowe dla tej części Europy, zapierają dech w piersiach. Jest to świetne miejsce na zdjęcia w plenerze. Zbiornik jest bardzo fotogeniczny (szczególnie w słoneczny dzień). Ja na pewno wrócę tam w środku lata i przy pięknej pogodzie 🙂

Osobom, dla których wyprawa tylko nad Osadnik Gajówkę to za mało, polecę również pobliskie Zoo Safari Borysew a na koniec dnia odpoczynek w termach w Uniejowie.

„Bogowie Wojny 2017” – XXII Festyn Archeologiczny w Biskupinie

W niedzielę 24 września razem z moją niezastąpioną ekipą znajomych odbyliśmy niezwykłą podróż. Podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Mieliśmy okazję cofnąć się do początków osadnictwa na terenie naszego kraju.

Troszkę historii

Odkrycie osady w Biskupinie było dziełem przypadku. W sierpniu 1933 r. podczas wycieczki szkolnej Walenty Szwajcer – młody nauczyciel z pobliskiej szkoły, zauważył pale sterczące z wody Jeziora Biskupińskiego. Dzięki odkryciu Szwajcera rok później w Biskupinie rozpoczęto, prowadzone na szeroką skalę, archeologiczne wykopaliska, które trwały do 1974 r. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku rozbudowano rezerwat archeologiczny w Biskupinie nadając mu obecny kształt.

Osada w Biskupinie powstała w VIII w. p.n.e. Gród znajdował się na wyspie o powierzchni około 2 ha. Osadę otaczał falochron i wał obronny o wysokości 6 m. Z lądem łączył osadę pomost o długości około 120 m, który prowadził do bramy z wieżą strażniczą. Zabudowę osady tworzyły drewniane, prawie jednakowe domy, uszeregowane w rzędy, przedzielone wyłożonymi drewnem ulicami. Każdy dom składał się z przedsionka i izby. Powierzchnia mieszkalna wynosiła od 70 do 90 m2. Szacuje się, że w Biskupinie żyło około tysiąca osób. Byli to Prasłowianie – przodkowie zamieszkujących te tereny w okresie późniejszym Słowian. Należeli do ludności kultury łużyckiej. Jednolity charakter zabudowy wskazuje na to, że mieszkańcy Biskupina nie tworzyli zróżnicowanej grupy. Prawdopodobnie znajdowali się w stadium pierwszej wspólnoty rodowej. Zajmowali się głównie uprawą roli, hodowlą, rzemiosłem oraz myślistwem i rybołówstwem.

Największą zaletą Muzeum Archeologicznego w Biskupinie jest to, że pokazuje ono „żywą historię”. Tutaj nie tylko można zobaczyć rekonstrukcje chat sprzed setek czy nawet tysięcy lat, ale także poznać zwyczaje żyjących tu kiedyś ludzi, ich pracę i rzemiosło. Wiedzy tej jednak nie zdobywamy słuchając przydługich i czasami nudnych wykładów, a samemu uczestnicząc w codziennych zajęciach naszych przodków i niejako przenosząc się do ich epoki.

I relacja Agnieszki

Dzisiaj ponownie oddaję klawiaturę mojej koleżance Agnieszce, której po wpisie o Woodstocku bardzo spodobało się pisanie 😉

„Myślałam że następny weekend minie jak zawsze, czyli porządki w domu, pranie, zakupy, opieka nad dziećmi, tradycyjny spacer po okolicznym lesie. Padło jednak hasło: „Jedziemy do Biskupina?” Kiedyś daaaawno temu byłam – chyba jeszcze w szkole podstawowej. Hmm… Myślę sobie tylko jak, tym bardziej że na wycieczkę zgłosiło się aż 8 chętnych?! Problem dosyć szybko się rozwiązał. Jeden samochód mamy, a drugi pożyczamy od rodziców jednej z nas. Całe szczęście prowadzę dość dobrze i na potwierdzenie posiadam nawet wkładkę na pojazdy uprzywilejowane 😉 

Z Poznania wyjechaliśmy dużo przed południem, trasa była bardzo spokojna i praktycznie pusta. Nawet dzieci były wyjątkowo grzeczne. Na miejscu po znalezieniu parkingu ruszyliśmy całą ekipą (przypominam – 8 osób w tym dwoje małych dzieci) do rezerwatu. Pierwszą  atrakcją która spotkaliśmy był peron kolejki wąskotorowej i sama kolejka w roli głównej. Lokomotywa parowa to jest coś co roczne dzieci uwielbiają (KLIK) . Najlepszy widok mieliśmy z pomostu prowadzącego do osady neolitycznej. Mój pobyt w sumie wiązał się z bieganiem za Hobbitem, który jak zawsze tryskał energią.  No dobra, jak reszta ekipy zerknęła na mały wulkan energii to udało mi się pstryknąć parę zdjęć. Było nas tak dużo że ciężko było razem tak cały czas chodzić, umówiliśmy się że spotykamy się w jednym punkcie i rozdzieliliśmy się, by każdy zobaczył co go najbardziej interesuje. Oglądaliśmy walki gladiatorów, walkę statków, mogliśmy zobaczyć czym zajmowali się ludzie daaaaawno temu. Siedmioletnia Emilka próbowała swoich sił w garncarstwie i ulepiła z gliny miseczkę.  Każdy z nas znalazł dla siebie coś ciekawego. Mały Hobbit zachwycił się też końmi. Mógł te wielkie „psy” pogłaskać, a nawet usiąść na nich. Spotkaliśmy się na wspólnym posiłku i uzgodniliśmy co robimy dalej. Czasu zbyt wiele nie mieliśmy. Tak naprawdę żeby zobaczyć wszystko ze spokojem to trzeba mieć zaplanowany cały dzień pobytu w Biskupinie.

Przez cały pobyt towarzyszyły nam dźwięki muzyki dawnej, między innymi zespołu Remdih i Comhlan. Na parking weszliśmy już gdy słońce chowało się za horyzontem. Byliśmy troszkę zmęczeni chodzeniem przez cały dzień, atrakcjami i naładowani pozytywnymi wrażeniami”.

Warto jeździć w takie miejsca z wielu powodów. Przede wszystkim mieliśmy okazję w końcu spotkać się razem, całą ekipą byłych i obecnych wolontariuszy. Ponad to, można zobaczyć na żywo jak kiedyś żyli ludzie, pokazać dzieciom coś innego niż tablet, potańczyć, posłuchać muzyki.

Po prostu być razem…

Wał oraz falochron przy wejściu do osady.
Zrekonstruowane domy.
Walki gladiatorów.

Walki łodzi.
Pokaz strzelania z łuku.
Osada neolityczna, 4000 lat p.n.e.
Osada mezolityczna 8000 – 5000 lat p.n.e.
Osada mezolityczna, 8000 – 5000 lat p.n.e.
Stanowisko archeologii eksperymentalnej.
Stanowisko archeologii eksperymentalnej, hodowla konika polskiego.

Nasza ekipa: Marcin, Michalina, ja, Agnieszka, Aga, Ewa i dzieci: Emi i Tymek.

Oszalałaś?! Z dziećmi na Woodstock?

Wystarczy powiedzieć lub napisać: Przystanek Woodstock, a niektórych już krew zalewa. Największe emocje wzbudza oczywiście wątek polityczno-ideowy oraz finansowy. Nie mniej czasu poświęca się na dyskusje na temat bezpieczeństwa podczas trwania festiwalu. Przecież to doskonałe warunki dla dilerów, a alkohol leje się strumieniami. Kradzieże, rozboje? Czyżby? Oczywiście jest w tym ziarno prawdy, ale żeby rzetelnie podejść do tematu warto spojrzeć na policyjne statystyki. Według danych policji z zeszłego roku, na Woodstocku pojawiło się prawie 400 tysięcy ludzi. W 18-tysięcznym Kostrzynie wyrosła prawdziwa metropolia. 

Woodstock

Policjanci zarejestrowali 256 sytuacji zakwalifikowanych jako wykroczenia. 232 zakończyły się mandatami, a na 24 osoby sporządzono wniosek o ukaranie do Sądu. Głównie chodzi tu o spożywanie alkoholu w miejscu publicznym, zaśmiecanie, używanie słów nieprzyzwoitych, nieobyczajne wybryki, kradzieże, zakłócanie ładu i porządku publicznego oraz przewinienia związane z ruchem drogowym.

Zdarzeń nie jest więcej, niż w przeciętnym mieście, w którym jest tylu mieszkańców, ilu przyjechało na Przystanek Woodstock! 

Trzeba uważać jak wszędzie. Mnie w grudniu okradli w biały dzień w centrum Wiednia, ale to przecież nie spowoduje, że będę krytykować całą Austrię i siedzieć w domu. A tym bardziej nie należy tego robić, jeśli się nie było w danym miejscu osobiście. 

Sama nie jestem stałą bywalczynią błotnej areny pod kostrzyńską sceną. Ale moja koleżanka Agnieszka jeździ tam od lat i zna festiwal od podszewki. Dlatego teraz udostępniam jej klawiaturę, żebyście mieli informacje z pierwszej ręki 😉

Z dzieckiem na WOODSTOCK!? A co! Gdy powiedziałam znajomym i rodzinie, że w weekend 3-5 sierpnia wybieram się z chłopakami na Woodstock zaczęła się fala krytyki płynącej w moją stronę i stronę Przystanku Woodstock.

Ale jak to, przecież tam pijacy i ćpuny są?!!!
Dzieci narażać na takie widoki?!
Przecież jak one tam będą spać?
Wrrr….. Kto nie był niech zamilknie! 

To kolejny rok w którym wybrałam się z dziećmi do Kostrzyna nad Odrą. W tym roku z powiększoną ekipą (roczny Hobbit i trzynastoletni Elf, który wyciągnął kumpla z klasy). Troszkę się bałam jak to ogarnę? Jak być na koncercie z juniorem? 

Najgorsza chyba była trasa do pokonania z Poznania do Kostrzyna nad Odrą (180 km)  z rocznym bąblem, ale daliśmy radę. Dojechaliśmy w południe do naszego stałego punktu – parkingu poza terenem Przystanku. Cisza, spokój, można rozbić namiot, dostęp do wody, punkt gastronomiczny,  toalety.  Po rozbiciu namiotów, rozpakowaniu tobołków przyszedł czas by pokazać juniorowi inny świat 😉 Inny, bo wesoły i kolorowy. Hobbit był zachwycony. Miliony przybitych  „piątek” i „żółwików”, uścisków, buziaczków w czółko. Morze okazanej mi i Hobbitowi radości, przyjaźni, miłości. Na każdym koncercie tańczył, a raz udało mu się troszkę pospać. 

Ponadto dzieciaki w Akademii Małego Podróżnika mogły skorzystać z warsztatów etnograficznych, manufaktury recyklingu, rysowanek, malowania twarzy. Oprócz tego w ramach akcji „Kino za Rogiem” można było zobaczyć różne filmy animowane. Fundacja „Viva!” z kolei zadbała o to, by najmłodsi mogli poszerzyć swoją wiedzę z zakresu praw zwierząt. Będą mogli skorzystać ze specjalnych interaktywnych quizów.

Starszy syn i tak głównie krążył ze swoim kumplem. Robił za „przewodnika ” jako stały bywalec. Nie bałam się o nich, bo raz – jeden i drugi znał numer telefonu do mnie, dwa – byliśmy umówieni na kontakt co godzinę, a trzy – co krok był Pokojowy Patrol (KLIK). Chłopaki mieli swoje sprawy do obgadania, chcieli też kupić sobie jakieś  gadżety, a tych było co nie miara (KLIK).

Na posiłki spotykaliśmy się i wszyscy szliśmy razem do Krishnowców lub innych punktów gastronomicznych, które były na miejscu. Było w czym wybierać, od pyrów z gzikiem, zupy do pizzy.  Śniadania i kolacje jedliśmy przy namiotach. Zabraliśmy ze sobą pieczywo i coś na chleb. Na miejscu jak zawsze był też Lidl otwarty przez 24 h na dobę w którym można było kupić owoce, jogurty, pieczywo czy wodę.

Niestety z racji rocznego brzdąca około godziny dwudziestej drugiej lądowaliśmy  na kempingu/parkingu. Sen wzywał juniora. My zresztą też szykowaliśmy się do snu, rano czy chcieliśmy czy nie junior budził wszystkich. 

Hmm… Czy warto jeździć z dziećmi? Czy jest sens? Pewnie, że jest. Najlepiej w kilka rodzin. Zawsze można się wymieniać, gdy ktoś chce iść na dany koncert, ktoś  nie pije alkoholu dziś a jutro ta druga osoba sobie wypije… Oczywiście jeśli ktoś chce. Będąc z dzieckiem na Przystanku Woodstock koniecznie trzeba zaopatrzyć się w krem przeciwsłoneczny, nakrycia głowy dla nas i dla dziecka, jedzenie  np. mleko w proszku, gotowe deserki i obiadki, ulubione zabawki naszego szkraba ( u nas w takich sytuacjach sprawdzają się idealnie ). Na co uczulam, nieważne dokąd się wybieramy z naszymi pociechami, to fakt żeby starsze dziecko znało nasz numer telefonu na pamięć a młodsze dzieci miały go zapisanego na specjalnej opasce zakładanej na rączkę. I jeszcze coś, bez czego nie ma co się wybierać na Woodstock – radość, miłość i przyjaźń! 

Energylandia – rozrywka dla całej rodziny

Lubicie wesołe miasteczka? Ja bardzo! Po wizycie w kilku za naszą zachodnią granicą (m.in. Heide Park, Legoland), przyszła pora żeby odwiedzić największy park rozrywki w Polsce. A w testowaniu tego stosunkowo nowego przybytku uciech i zabaw pomagała mi córka mojej przyjaciółki, 10-letnia Weronika. Również dzięki tej malej gadule kilkugodzinna podróż minęła jak jedna chwila, a ja jestem bogatsza o wiedzę o królikach, chomikach, koniach i innych czterołapnych 😉 Bardzo bałam się o pogodę, ale miałyśmy szczęście, nie było ani upału ani deszczu. Niebo przez większą część dnia było zachmurzone, ale było ciepło i przyjemnie. 

Wejście do Energylandii.

Energylandia mieści się w Zatorze, mieście pomiędzy Katowicami a Krakowem. Na ponad 26 hektarach (docelowo 112 ha) znajduje się łącznie ok. 80 atrakcji przeznaczonych dla wszystkich grup wiekowych, w tym 10 rollercoasterów, liczne karuzele i urządzenia ekstremalne, a także restauracje, bary, sklepy z pamiątkami oraz sceny, na których prezentowane są krótkie widowiska. Park dzieli się na cztery strefy: Bajkolandię, Familijną, Ekstremalną i od 2016 w skład wchodzi również Water Park. 

Miłośnicy mocnych wrażeń mogą wsiąść na rollercoaster Mayan – największy w naszej części Europy rollercoaster. Prędkość wagoników w tej kolejce wynosi 80 km/h a przeciążenia podczas przejazdu sięgają nawet 5g. To uczucie którego doświadczają piloci myśliwców. Wysokość konstrukcji wynosi prawie 75 m wysokości co odpowiada 10- piętrowemu wieżowcowi. Równie ekstremalnych wrażeń doznamy na kolejce Formuła 1. Niezapomniane kilkanaście sekund! 

Z kolei na tych, którzy wolą spokojniejszą zabawę czeka m.in. Pyramid Cinema 7D i Planetarium.

Jeśli chcecie korzystać z urządzeń wodnych, polecam zabrać ubrania na przebranie lub peleryny przeciwdeszczowe. My po wizycie na spływie Kopalnia Złota i Splash Battle byłyśmy totalnie przemoczone. Można również za 5 zł wejść do ogromnej turbosuszarki.

Ceny biletów przystępne: normalny 109 zł, ulgowy 59 zł. Są też rożne zniżki np. dla osób niepełnosprawnych czy kobiet w ciąży. Niestety w sezonie letnim, w Energylandii nawet w tygodniu można spotkać tłum ludzi, a kolejki do niektórych atrakcji sięgają aż 60 minut. Przez to niestety nie udało nam się skorzystać z wszystkich. Może nadrobimy to w przyszłym roku, ale na pewno już poza sezonem wakacyjnym 

Punkt widokowy „Domek elfów”.
Energuś – kolejka dla całej rodziny.
Battle Splash.
Atlantis – dzika rzeka.

Boomerang.
Formuła 1.

Piękno rzeźbione lodowcem

Jest takie miejsce do którego bardzo lubię wracać, zwłaszcza gdy mam zły humor, bo wiem że stamtąd wyjadę spokojna i uśmiechnięta. Miejsce na długie wędrówki i krótkie spacery o każdej porze roku. Z rodziną, przyjaciółmi lub samotnie. Dla miłośników ciszy, spokoju i przepięknej przyrody. Czy czegoś więcej potrzeba do szczęścia?  

To magiczne miejsce ma tylko jedną wadę – do miejscowości Jeziory można dojechać jedynie autem. Najlepiej jechać drogą Poznań-Wrocław, a za Komornikami skręcić w lewo kierując się na „Green Hotel”, następnie 8 km prosto tzw.: „Graizerówką”.  Auto można zostawić na płatnym (5 zł/dzień) parkingu niedaleko Muzeum Przyrodniczego. Chętni mogą się cofnąć kilkaset metrów i zobaczyć posiadłość, jaką kazał tu wybudować dla siebie hitlerowski oprawca ludności Wielkopolski – Arthur Greiser. To właśnie od jego nazwiska wzięła się nazwa drogi, którą tu dojechaliśmy. 

Gdy już bezpiecznie dotrzemy na miejsce, pozostaje nam tylko zrelaksować się i rozkoszować pięknem przyrody.

Wielkopolski Park Narodowy

Cała Wielkopolska jest bardzo malownicza, co zawdzięcza trzem zlodowaceniom które na tysiące lat objęły terytorium Polski.  Oczywiście w tym czasie klimat również trzykrotnie się ocieplał, a lodowiec wycofywał. Dzięki temu, mimo że nasz region jest niziną, można spotkać tu głębokie doliny i wzniesienia. Podczas trzeciego i ostatniego zlodowacenia lądolód zatrzymał się na południe od Poznania, przyczyniając się do powstania między innymi Wzgórz Ostrzeszowskich i Wału Żerkowskiego. Wycofujący się lodowiec pozostawił niezwykle urozmaicony krajobraz w sąsiedztwie dzisiejszych południowych granic Poznania. Zabawił się w rzeźbiarza, którego narzędziem była woda, a tworzywem materiał skalny i osady.

Na przestrzeni 75 km kw. występują wszystkie charakterystyczne elementy krajobrazu polodowcowego – jeziora rynnowe, głazy narzutowe, wzgórza morenowe, czyli owalne pagórki zwane kemami i drumlinami oraz wały przypominające potężne nasypy kolejowe, zwane ozami.

Piękno i niecodzienna koncentracja zjawisk geologicznych na tym terenie doprowadziły, dzięki staraniom Adama Wodziczki, do utworzenia dwóch pierwszych rezerwatów przyrody: w Puszczykowie i nad jeziorem Kociołek. Natomiast w 1957 roku powstał Wielkopolski Park Narodowy

Jezioro Góreckie

centralnej części Wielkopolskiego Parku Narodowego znajduje się Jezioro Góreckie, które jest jeziorem rynnowym, kształtem przypominającym literę „L”. Jego linia brzegowa o długości 8300 m jest słabo rozwinięta.

Powierzchnia zwierciadła wody według różnych źródeł wynosi od 92,0 ha do 104,1 ha. Średnia głębokość jeziora wynosi 9,0 m, natomiast głębokość maksymalna 17,2 m. 

Jezioro Góreckie.

W oparciu o badania przeprowadzone w 2005 roku wody jeziora zaliczono do III klasy czystości.

Na jeziorze znajdują się dwie wyspy, większa to Wyspa Zamkowa z ruinami romantycznego zamku Klaudyny Potockiej z Działyńskich. Strome brzegi porastają w większości lasy. Część Jeziora Góreckiego stanowi obszar ochrony ścisłej. Z jeziora wypływa okresowy strumień łączący Jezioro Góreckie z Jeziorem Dymaczewskim.

Od grudnia 2009 na jeziorze pracuje aerator pulweryzacyjny z napędem wietrznym,  który dotlenia jezioro przeciwdziałając procesom jego przemiany w torfowisko.

Szlaki turystyczne

Przez WPN biegnie 5 szlaków turystycznych o łącznej długości 85 km: czerwony, niebieski, żółty, zielony i czarny. W celu lepszego poznania walorów przyrodniczych i kulturowych Parku, szlakami tymi wyznaczono kilka tras wycieczkowych: Trasa im. prof. Adama Wodziczki (9,5 km), Szlak Kosynierów (8 km), Trasa im. Cyryla Ratajskiego (13 km) oraz Trasa im. Bernarda Chrzanowskiego (12 km).

Z parkingu nad jezioro prowadzi czerwony szlak. Kilkuset metrów szerokiej, leśnej drogi, następnie stroma ścieżka i już jesteśmy na brzegu. Skręcając w lewo wejdziemy na nadbrzeżną trasę, którą można obejść całe jezioro. Ścieżka chowa się w cieniu gęstego lasu, więc tutaj nawet upał nie jest straszny.  Do tego niemal na całej trasie towarzyszy nam widok na samo jezioro.  Czasem może się wydawać, że jesteśmy na górskim szlaku, zwłaszcza gdy kolejny raz trzeba podejść pod górkę 😉 Na zachodni brzeg dociera znacznie mniej turystów.

Na zmęczonych spacerem w kilku miejscach czekają drewniane ławki i stoły. Można też zejść na piaszczystą plażę, ale niestety w Jeziorze Góreckim obowiązuje całkowity zakaz kąpieli.

Obejście całego jeziora spacerowym krokiem zajmuje około 3 – 4 godzin. Jeśli ktoś planuje się tam wybrać z niemowlakiem to lepiej dla maleństwa zabrać chustę lub nosidło, bo z wózkiem w niektórych miejscach może być ciężko przejść. 

W wielu miejscach można znaleźć ślady działalności bobrów.

Studnia Napoleona

Miłośnicy legend i dobrych trunków zapewne ucieszą się, że jedno i drugie można tutaj znaleźć 😉

Studnia Napoleona znajduje się na zboczu Moreny Pożegowskiej, w pobliżu stacji kolejowej Osowa Góra, przy dawnym ważnym trakcie handlowym, który wiódł z Poznania na zachód, w kierunku Prus i Francji. Była ona istotnym miejscem popasów i odpoczynku podróżnych. Legenda głosi, że Napoleon Bonaparte, podążając z Francji na Moskwę (1812), również zatrzymał się w pobliżu i posłał adiutanta po wodę, która okazała się mieć smak szampana. Zjawisko zamiany wody w szampana ma się tu zdarzać raz do roku o niewiadomej porze. 

Studnia została odnowiona i oddana do użytku 18 sierpnia 2012, w formie przypominającej obiekty XVIII/XIX-wieczne, z drewnianym zadaszeniem. 

Studnia Napoleona. Zdjęcie ze strony: http://czasmosiny.e-samorzadowiec.pl.
Studnia Napoleona. Zdjęcie ze strony: http://czasmosiny.e-samorzadowiec.pl.

Tak więc moi drodzy Czytacze, jeśli najbliższy weekend nie zaskoczy nas brzydką pogodą, widzimy się na góreckim szlaku 🙂

Tak witamy jesień, spacerem po lesie

Mówiłeś – włosy masz jak kasztany
I kasztanowy masz oczu blask
I tak nam było dobrze kochany
Wśród złotych liści, wiatru i gwiazd
Gdy wiatr kasztany otrząsał gradem
Szepnąłeś nagle zniżając głos
Odjeżdżam dzisiaj, lecz tam gdzie jadę 

Zabiorę z sobą tę złotą noc, a ja postanowiłam przywitać złoty dzień. Bowiem tak właśnie kojarzy mi się ta pora roku. Jesień, jesienna zaduma, smutek? Dlaczego? Przecież wokół tak pięknie. Co z tego, że niebo zachmurzone, że czasem popada deszcz? Cieszmy się każdą porą roku tak samo, gdyby nie noc nie cieszyłby nas tak bardzo dzień. Zmierzam do tego, że zmiany są konieczne, by doceniać ich kolej.

Jesień wszystko odmienia,
Niesie smutek i łzy,
Lecz zawdzięczam jesieni,
Że kiedyś kwitły bzy.

W tym roku Pani Jesień przyszła z koszykiem pełnym kasztanów i podzieliła się nimi ze mną, w końcu synek czeka na kasztanowe ludziki. Wychodząc naprzeciw dumnej Pani postanowiłam wybrać się na spacer i tak dotarłam w najdalsze zakątki malowniczej miejscowości Starczanowo. Tam zajrzałam nad brzeg rzeki Warty. Byłam ciekawa czy dostanę się do osady Radzim (znajduje się on na wyspie, ograniczonej z jednej strony korytem rzeki Warty, z drugiej bagnistym, częściowo zasypanym w końcu XIX wieku starorzeczem), ale przyznam, że droga tak zarosła, że nie byłam przygotowana na taką przeprawę. Dalej nogi poniosły mnie w kierunku rezerwatu przyrody Śnieżycowy Jar, o którym pisałyśmy już dwukrotnie na blogu (klik i klik), zapraszając w trakcie kwitnienia Śnieżycy Wiosennej. Jeśli ktoś zastanawiał się jak wygląda rezerwat poza sezonem, ma teraz okazję zobaczyć go na fotografiach 🙂

Wybierzcie się do lasu i tam przywitajcie jesień, a może i wy zakochacie się w jej kasztanowych oczach 🙂

Ostatnie dni lata

„Mimozami jesień się zaczyna 
Złotawa krucha i miła 
To ty to ty jesteś ta dziewczyna 
Która do mnie na ulicę wychodziła…”

Jednak zanim nadeszła złota polska jesień, wykorzystałyśmy ostatnie dni lata na weekendową (10-11.09) wyprawę nad morze. W tym roku chyba wrzesień zamienił się miejscami z lipcem i rozpieszcza nas wspaniałą pogodą. Woda w Bałtyku ciepła, ludzi na plaży sporo, ale bez tłoku. Cisza i spokój. 

Plaża w Sianożętach.
Monika z synkiem.

 

Plaża w Ustroniu Morskim.

Będąc nad morzem oczywiście nie można odpuścić wyprawy na zachód słońca.

Miniony sezon wakacyjny uważamy za bardzo udany podróżniczo. Podczas tego lata zobaczyłyśmy wiele ciekawych miejsc, zarówno tych w Poznaniu i najbliższej okolicy. jak i tych setki kilometrów od domu. Odkryłyśmy również swoją nową pasję – turystyczne rajdy samochodowe, które na pewno będziemy kontynuować. 

Jesień i zima nie zamkną nas w domu, bo przecież podróżować można w każdą pogodę, prawda? 🙂

„Panie za kierownicą”

Czas na rundę drugą. Tym razem świadoma praw i obowiązków wynikających z udziału w rajdzie, podjęłam z Mary wyzwanie.

21 sierpnia Automobilklub Wielkopolski Delegatura w Nowym Tomyślu przygotował Rajd Samochodowy „Panie za kierownicą”. Rajd zorganizowany był w ramach Jarmarku Chmielo -Wikliniarskiego we współpracy z Nowotomyskim Ośrodkiem Kultury. Uczestnicy Rajdu pokonując kolejne etapy przejechali przez miejscowości: Nowy Tomyśl, Stary Tomyśl, Wytomyśl, Lwówek, Wąsowo, Róża, Sątopy, Cicha Góra, a na metę zajechali do Restauracji „Smażalnia Ryb nad Stawem” w Przyłęku.

A nasz szczęśliwy numerek to… Drugi rajd i druga „12-tka”.

Choć nie jestem zatwardziałą feministką, uważam, że jeśli ktoś organizuje rajd „Panie za kierownicą”, to niech za tą kierownicą będą tylko Panie. To moja jedyna uwaga, poza nią stwierdzam, że rajd był bardzo udany i dobrze zorganizowany.

A co za progres! Mianowicie zajęłyśmy 6 miejsce. Okazało się bowiem, że kierowca Opla Astry ma talent do testów sprawnościowo-szybkościowych. Spośród 4 testów 2 razy byłyśmy najlepsze. Brawo dla kierowcy! W tym miejscu dla równowagi powinnam pochwalić Panią pilot. Sprawdziła się w zadaniach zręcznościowych takich jak: nawlekanie guzików na rzemyk, odmierzanie 1 litra wody bez użycia miary, czy nawlekanie nakrętek na drut po uprzednim 10-krotnym obrocie z głową w dół. Szaleństwo! Oprócz tego musiałyśmy również sprawdzić jak długo żył proboszcz jednej z parafii mijanych po drodze. Z perspektywy czasu myślę, że trochę za dużo było zadań a za krótka trasa.

Wzór prawidłowo wypełnionej karty.
Punktacja za próby i zadania na trasie.
Nagroda „pocieszenia”: wiklinowy koszyk z pysznościami w środku.

Organizatorzy dbali o każdy szczegół, a także o nasze żołądki. Bowiem tuż po rajdzie czekała na nas kawa i pyszne ciasto oraz obiad w  pięknych okolicznościach przyrody.

Restauracja „Smażalnia ryb nad stawem”.

Po rajdzie udałyśmy się na Jarmark i gdyby nie długa trasa powrotna do domu pewnie zabawiłybyśmy tam dłużej. Już dziś możemy Was zapewnić, że runda trzecia z pewnością się odbędzie, ale jaki tym razem rajd wybierzemy okaże się już wkrótce.

 

„XIII Rajd św. Krzysztofa”

24 lipca po raz pierwszy wzięłyśmy z Moniką udział w samochodowym rajdzie turystyczno-nawigacyjnym  (XIII Rajd św. Krzysztofa). Monika chyba do końca nie wiedziała na co się zgadza, bo prawie w ostatniej chwili i bez słowa sprzeciwu zastąpiła moją koleżankę, która z powodów rodzinnych nie mogła tego dnia być moim kierowcą 😉

Rajdy turystyczno-nawigacyjne, to jedna z ciekawszych form aktywnego wypoczynku, która daje możliwość zobaczenia interesujących miejsc, sprawdzenia się w roli „nawigatora” oraz poczucia dreszczyku emocji na próbie sprawnościowej. Nie ma więc klasycznego ścigania się jak na rajdach, gdzie o zwycięstwie decyduje głównie czas przejazdu. Każda załoga (minimum kierowca i pilot) otrzymuje na starcie komplet dokumentów, w tym tzw. itinerer. To opis przygotowany w oparciu o strzałki, odległości i znaki graficzne, na którego podstawie załoga musi odnaleźć i przejechać wyznaczoną trasę. Pilot musi wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością posługiwania się mapą i odczytywania wskazówek, co dla niewprawnego rajdowca nie zawsze jest rzeczą łatwą. O tym czy trasa została przebyta przez nas prawidłowo powiadomi organizatorów karta dołączana do itinerera czyli tabela, w której pilot zaznacza wykonane próby i odpowiedzi na pytania, ale też przede wszystkim tzw. PKP czyli punkty kontroli przejazdu.

Przykładowy itinerer.

Po drodze trzeba odnaleźć punkty kontrolne, ułożyć hasło rajdu i wykonać wyznaczane przez sędziów na poszczególnych punktach zadania. Za każdy nieprawidłowy element są doliczane punkty karne, które decydują o zwycięstwie w całym rajdzie. Każda załoga ma na przejechanie trasy identyczny czas wyznaczony przez organizatora. Przykładowo na trasę o długości ok. 40 km jest to zwykle 120 min. Można więc jechać spokojnie nie łamiąc przepisów ruchu drogowego z tym zastrzeżeniem, że kto wyznaczony limit przekroczy po prostu nie ukończy rajdu. Oczywiście do udziału w rajdzie dopuszczone zostają jedynie te załogi, które stawią się na starcie sprawnym i ubezpieczonym pojazdem. Na trasie każda z załóg to normalni uczestnicy ruchu drogowego. Trzeba więc liczyć się z tym, że ewentualne zatrzymanie i ukaranie za wykroczenie na drodze mandatem przez policję może oznaczać wykluczenie z rajdu. 

O godzinie 11 stawiłyśmy się na starcie rajdu, który był usytuowany na Targowisku Miejskim w Mosinie. Tam też odbywała się próba sprawnościowa – jazda na czas wokół słupków. Po całkiem przyzwoitych wynikach osiągniętych na próbie sprawnościowej (brawa dla mojego kierowcy!) i otrzymaniu wszystkich niezbędnych wskazówek i dokumentów, ruszyłyśmy na trasę liczącą 42 km po okolicznych miejscowościach. Po bardzo emocjonującej i momentami burzliwej (czasem jednak mamy inne zdanie) jeździe, dotarłyśmy do mety znajdującej się w „Centrum Motoryzacji Historycznej Zbyszka Koprasa” w Fiałkowie. Tutaj do naszych rąk trafiła kolejna kartka z pytaniami, na które odpowiedzi trzeba było znaleźć dokładnie oglądając eksponaty zgromadzone przez  Koprasa.

Zbyszek Kopras od końca lat 90-tych gromadzi stare pojazdy, Od 2004 r. zajmuje się tworzeniem profesjonalnej kolekcji pojazdów zabytkowych. Gromadzi je,a następnie odrestaurowuje. Pasja kolekcjonerska  pozwoliła mu stworzyć ogromną Kolekcję-Skansen motoryzacyjnych unikatów, samochodów i motocykli. Aktualnie w garażach,a nawet na strychach zgromadzone są historyczne egzemplarze pojazdów, które jeździły po polskich drogach, a także unikaty na skalę światową.  Polonezy, w tym policyjny; Syrenki, w tym jedna z autografem Bohdana Łazuki, bohatera filmu „Kochajmy Syrenki”. Najliczniejsze są Fiaty 126p i 125p w różnych wersjach. Perełkami w zbiorach jest sześć Mikrusów, z czego jeden w idealnym stanie oraz unikalna  replika  wersji Cabrio.  Łącznie kolekcja liczy 330 motocykli, kilkanaście polskich motorowerów, 52 małe Fiaty, 8 Polonezów, 11 Tarpanów, 4 Syreny, 5 Mikrusów. Wszystkie są starannie posegregowane i uporządkowane. Prawdziwa skarbnica.

Polecamy zajrzeć tutaj Ratujmy historię polskiej motoryzacji!

Po znalezieniu odpowiedzi na wszystkie pytania, wypełnieniu i oddaniu kart, udałyśmy się na smaczny obiad. Zawarłyśmy również nowe, ciekawe znajomości i wymieniłyśmy się wrażeniami z innymi uczestnikami rajdu. Oczekiwanie na wyniki minęło bardzo szybko. Oczywiście ze względu na to, że to był nasz pierwszy rajd, nie oczekiwałyśmy zbyt wysokiego miejsca. Udało się zająć 18 miejsce na 24 🙂 Nie jest źle, a następnym razem będzie lepiej.

Sporo informacji o planowanych rajdach i o tym jak np. czytać itinerer można znaleźć na: Automobilklub WielkopolskiRajdy w Pobiedziskach.

Białystok – miasto miłych ludzi

Zielono mi…taka była moja pierwsza myśl w Białymstoku. W moich oczach jest to miasto z dużą dozą zieleni, a co najważniejsze z bardzo miłymi ludźmi. Weszłam do kwiaciarni na Rynku Kościuszki i zostałam tak serdecznie przywitana i obsłużona, że z pewnością zapamiętam to miejsce i Panią, która bardzo mi pomogła. Ponadto dla Poznanianki akcent wschodni był bardzo zabawny, trochę śpiewny, trochę obco brzmiący, ale zauważalny 🙂

Zielono mi 🙂

Białystok jest miastem na prawach powiatu w północno – wschodniej Polsce, położony na Nizinie Północnopodlaskiej, nad rzeką Białą. Jest stolicą województwa podlaskiego i siedzibą władz ziemskiego powiatu białostockiego. W 2015 roku miasto liczyło 295 624 mieszkańców.

Klimat tej części Polski jest wyraźnie chłodniejszy. Średnie temperatury stycznia mieszczą się w granicach od -4 do –6 °C, należą one do najniższych w Polsce. Istotną informacją jest fakt, że Białystok znajduje się w obszarze funkcjonującym pod nazwą Zielone Płuca Polski (około 32% jego powierzchni zajmują tereny zielone), stąd moje spostrzeżenia dotyczące zieleni. Parki i skwery oraz 1779 ha lasów znajdujących się w granicach miasta tworzą specyficzny i zdrowy mikroklimat. Dlatego tak dobrze się tam czułam 🙂 Puszcza Knyszyńska pozostawiła po sobie dwa rezerwaty przyrody o powierzchni łącznej 105 ha. Ze względu na te walory w 1993 r. Białystok jako pierwsze miasto w Polsce został przyjęty do międzynarodowego projektu Sieci Zdrowych Miast prowadzonego przez Światową Organizację Zdrowia. Na terenie miasta znajdują się 3 rezerwaty przyrody: Las Zwierzyniecki, Rezerwat Antoniuk oraz Rezerwat Bagno.

W latach 1617–1626 zbudowano zachowany do dziś Stary Kościół Farny z fundacji marszałka Piotra Wiesiołowskiego. To on wzniósł w Białymstoku murowany gotycko – renesansowy zamek, który po gruntownej przebudowie w latach 90. XVII wieku, stał się barokową rezydencją magnackiego rodu Branickich znaną do dziś jako pałac Branickich. Niesamowity ogród z wieloma rzeźbami i fontannami jest urodziwym i niezwykle magicznym miejscem. Z pewnością jeśli wybierasz się do tego miasta tam musisz zajść.

Nie można zapomnieć, że Białystok jest największym ośrodkiem kulturalnym w północno – wschodniej Polsce. Działa tu największe w województwie Muzeum Podlaskie, posiadające oddziały w Białymstoku (Muzeum Historyczne, Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego, Białostockie Muzeum Wsi), w Choroszczy (Muzeum Wnętrz Pałacowych), w Supraślu, Tykocinie oraz Bielsku Podlaskim. W Białymstoku działają także: Muzeum Wojska oraz Muzeum Przyrodnicze Uniwersytetu w Białymstoku. Nie można zapomnieć o mieszczącej się tu jednej z najlepszych polskich galerii sztuki współczesnej – Galerii Arsenał. Dzięki Białostockiemu Teatrowi Lalek oraz Wydziałowi Sztuki Lalkarskiej warszawskiej Akademii Teatralnej Białystok uzyskał miano polskiego centrum sztuki lalkarskiej.

Rynek Kościuszki

W tle Bazylika Archikatedralna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Pałac Branickich.
Pałac Branickich.

Oprócz licznych atrakcji kulturalnych dla ducha, polecam coś dla ciała. Mianowicie lody naturalne serwowane na Rynku w przystępnej cenie (smak Ferrero Roche urzekł mnie i pieścił moje zmysły). Zejdźmy jednak trochę niżej, bo chyba odpłynęłam. Zwróćmy uwagę na wallart, który ma miejsce w tym mieście. Uważam, że jest to piękny sposób na zdobienie miasta. Artystyczne malowanie ścian powinniśmy wykorzystać szerzej w Poznaniu, by częściowo rozweselić szare blokowiska. Choć przyznam, iż coraz częściej bloki nie są już szare, tylko nabierają ciekawych barw podczas odnawiania elewacji.

Warto wiedzieć, że w Białymstoku autobus jest jedynym środkiem komunikacji miejskiej. Polecam turystykę pieszą, wszędzie wydaje się być blisko,a spaceruje się przyjemnie być może ze względu na liczne tereny zielone.

Drogi Czytaczu i Czytaczko 🙂 Jeśli byłeś/aś w Białymstoku i możesz dodać do tego wpisu ciekawe spostrzeżenie – zachęcamy.