Archiwum kategorii: Europa

Popołudnie w Kusadasi

#day3

Po powrocie z Efezu do hotelu i krótkim odpoczynku, miałyśmy czas wolny na samodzielne zwiedzanie pobliskiego miasta i poznawanie “współczesnej” Turcji i jej mieszkańców. Tak więc późne popołudnie i wieczór trzeciego dnia wycieczki spędziłyśmy w Kusadasi.  Z hotelu Tusan do centrum miasta jest kilka kilometrów. Aby nie tracić czasu, razem z kilkoma osobami z naszej grupy wzięliśmy taxi – busa. Koszt to 5 dolarów/euro za całość, więc naprawdę niewiele.

Po turecku nazwa Kusadasi oznacza wyspę ptaków i pochodzi od niewielkiej wysepki niedaleko centrum miasta “Guvercin Adasi”, gdzie znajduje się kamienna twierdza – symbol miasta.
Kusadasi ma bogatą historię, przewijają się przez nią między innymi weneccy i genueńscy kupcy, którzy nazwali to miejsce Scala Nuova. W 1413 r. dla podniesienia rangi miasta wielki wezyr Okuz Mehmet Pasza polecił wznieść tu meczet i hammam Kaleici, mury miejskie oraz karawanseraj. Do dziś można podziwiać pozostałości tych niezwykłych budowli.

Ponieważ nie samym zwiedzaniem i historią człowiek żyje, to dla odmiany można się wyszaleć. Kusadasi to idealne miejsce dla ludzi młodych duchem. Centrum słynie z bogatego życia nocnego. Pełno tu barów, tawern, pubów, barów karaoke, lokali z muzyką turecką, klubów tanecznych i dyskotek.

Kusadasi było miejscem, w którym najbardziej udało nam się odczuć „tureckiego” ducha. Jak tylko wchodziło się do alejki ze straganami na jednym z wielu bazarów  i między sobą rozmawiało:
– Czego szukasz, co chcesz kupić?
– Chyba potrzebuje małej torebki.
To już do końca alejki wszyscy proponowali torebki. I to nie delikatnie. Śródziemnomorska kultura jest nieco inna niż europejska, tutaj kontakt fizyczny jest naturalny. Jak gdyby nikt nie miał czegoś takiego jak przestrzeń osobista. Podejrzewamy, że gdybyśmy chcieli Turkom wytłumaczyć, by nie zbliżali się za bardzo ponieważ wtedy czujemy się niekomfortowo, mogliby tego nie zrozumieć. Zatem łapali nas za ręce, zaglądali głęboko w oczy, komplementowali na każdym kroku, wypytywali skąd jesteśmy, żeby w końcu zadać to pytanie, czy jesteśmy zamężne. Wtedy radzimy brać nogi za pas :)
Czasami skuteczne okazywało się zasłonięcie włosów chustą, ale i ten sposób zawodził. Jednak nie można nie oddać tym ludziom serdeczności, wśród ich uśmiechów i żywiołowości można odczuć prawdziwą radość. Dlatego tego dnia odczuwałyśmy niesamowitą satysfakcję z aktywnie i pożytecznie spędzonego czasu.

Amulety z Okiem Proroka.

Akurat 23 kwietnia w Turcji był obchodzony Dzień Niepodległości i Dzień Dziecka, dlatego w całym mieście odbywały się różne koncerty, imprezy. Cały czas mijaliśmy rozbawione tureckie rodziny, w których zabawie mogliśmy uczestniczyć.

 

Phanta Rhei…

#day3

Phanta Rhei – wszystko płynie, nic nie stoi w miejscu…
To jeden z najsłynniejszych cytatów Heraklita, pierwszego greckiego filozofa, który pochodził z Efezu.

Efez to najlepiej zachowane starożytne miasto w Turcji. Miasto, w którym można chodzić po zabytkach antycznego świata, a nie tylko podziwiać je z daleka.
Przejść się po agorze, ulicy z marmuru, wejść do biblioteki Celsusa, a także zasiąść w antycznym teatrze na 25 tys. widzów, gdzie swoje kazania wygłaszał św. Paweł. W części rządowej miasta warto zwrócić uwagę na starożytny sejm, szpital i liczne świątynie, natomiast w części publicznej na rzymskie łaźnie czy słynne toalety. To tutaj można zobaczyć Bazylikę Św. Jana z jego grobowcem a także pozostałości po ogromnej świątyni Artemidy – największej świątyni świata pogańskiego na świecie.

Efez to miasto jońskie, którego założycielem wg legendy był Androklos, syn ateńskiego króla Kordusa. Przed wyprawą do Jonii, otrzymał od wyroczni wskazówkę dotyczącą miejsca założenia miasta. Miało ono powstać w miejscu, które „wskaże jemu ryba i dzik”. Zgodnie z mitem, na wzgórzu Pion, niedaleko ujścia rzeki Kaystron, spotkał przy ognisku rybaków piekących ryby. Jedna z ryb podskoczyła a rozpryskujące się iskry zapaliły pobliskie zarośla. Ogień spłoszył kryjącego się w nich dzika. Miasto zostało założone w IX w. p.n.e..Władali nim Hetyci, Grecy, Persowie, Rzymianie i w końcu Turcy.

Efez jest uważany przez współczesnych historyków sztuki za najlepiej zachowane miasto starożytne w rejonie Morza Śródziemnego. Ruiny dotrwały do naszych czasów w zdumiewająco dobrym stanie, mimo kilkukrotnych trzęsień ziemi, które nawiedzały ten region. Zachował się układ ulic, podział na część kulturalno-polityczną, świątynną, mieszkalną, handlową i rozrywkową.
W 2015 roku Efez został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Maria w Efezie 🙂

W Efezie można również natknąć się na jedną z najstarszych „reklam” domu publicznego. Na jednej z marmurowych płyt wyżłobiono wzorzec, według którego wstęp do domu publicznego mieli tylko ci mężczyźni, którzy mogli pochwalić się… stopą, większą niż ta wyrzeźbiona. Stopa była drogowskazem, pokazywała kierunek do domu schadzek.

Toaleta publiczna.

Po zakończeniu zwiedzania, które trwało ok. 4h nasza grupa podzieliła się – część pojechała do domu Marii Dziewicy około 7 km od Selçuk, a reszta została odwieziona do hotelu, gdzie mogła oddać się lenistwu lub wybrać na zwiedzanie według własnego planu. Chyba łatwo zgadnąć co wybrałyśmy 🙂

Rejs po rzece Dalyan

#day2

Śniadanie, zbiórka w autokarze i ruszamy na dalsze poznawanie Turcji. Humory wszystkim dopisują, tym bardziej, że na ten dzień zaplanowany jest rejs i wizyta na plaży Iztuzu, która według rankingu Tripadvisor należy do najpiękniejszych w Europie.
Z rybackiej wioski Dalyan do plaży Iztuzu można dopłynąć rzeką, która wije się wśród labiryntu setek wysepek, otoczona bujną roślinnością. Delta rzeki widziana z góry tworzy niesamowity, zapierający dech w piersiach krajobraz.
Podczas ok. godzinnego rejsu można podziwiać przepiękne widoki, jak np. grobowce likilijskie w Kaunos, wkomponowane w urwiste skały.


Największą atrakcją tego regionu jest jednak to, że jest to strefa ekologiczna, idealna dla osób chcących zaznać prawdziwego spokoju na łonie przyrody, w najbardziej „zielonym” miejscu Turcji.

Plaża Iztuzu ma ok. 6 km długości i z jednej strony oblana jest ciepłymi wodami Morza Śródziemnego, a z drugiej strony dużo chłodniejszymi wodami rzeki Dalyan. Nazywana jest również Plażą Żółwi, ze względu na swoich mieszkańców.
Każdego roku w to miejsce przypływają samice żółwi Caretta Caretta, aby złożyć jaja. Małe żółwiki wylęgają się w nocy i podążają w kierunku wody przy świetle księżyca.
Okres lęgowy żółwi to maj-sierpień, więc niestety my w kwietniu ich nie spotkałyśmy. Trzeba będzie wrócić tutaj w innym miesiącu 🙂

Monika i jej kolejny cel podróży.

Wieczorem docieramy do Tusan Beach Resort w okolicy barwnego i tętniącego życiem miasta Kusadasi.

Z wizytą u św. Mikołaja

#day1

Trasa naszej 7-dniowej objazdówki po Turcji przebiegała początkowo drogą wzdłuż wybrzeża. Z drogi tej rozpościerał się wspaniały widok na Morze Śródziemne i strome szczyty gór Taurus.
Podziwiając tak wspaniałe widoki, dotarliśmy do Demre. Miasteczko to, liczące około 16 tys. mieszkańców, znane jest z ruin starożytnego miasta Myra – słynnego z najwspanialszych licyjskich grobowców skalnych.

Myra, w starożytności, należała do największych miast Licji. W czasach rzymskich była stolicą prowincji. Odwiedzali ją liczni cesarze. Święty Paweł około 60 roku n.e. spędził tu trochę czasu, nauczając. Liczne powodzie, trzęsienia ziemi, najazdy Arabów, doprowadziły do upadku a potem opuszczenia miasta w XI wieku.
Ruiny Myry odkryte zostały dopiero w 1840 roku. W czasie prac archeologicznych udało się odkopać pochodzące z przełomu V i IV wieku p.n.e. liczne grobowce skalne. Część z nich wykuto na kształt domostw, inne zaś przypominają swoim wyglądem świątynie. Obecnie grobowce są wyblakłe, jednak kiedyś były pomalowane na jaskrawe odcienie fioletu, błękitu, czerwieni oraz żółci. To musiał być dopiero widok!

Ponadto na terenie ruin znajduje się także okazały rzymski amfiteatr (największy w całej Licji) oraz pozostałości akropolu z murem obronnym i tronem skalnym.
Pierwszy teatr został zniszczony podczas trzęsienia ziemi w 141 r. n.e. Miasto było bogate, więc szybko go odbudowano i to z wielkim rozmachem. Amfiteatr ma średnicę 110 metrów, a widownia składa się z 36 rzędów. Cała budowla, a zwłaszcza scena, była bajecznie zdobiona. Obecnie elementy rzeźbień są rozłożone na ziemi przed amfiteatrem.

Warto delektować się tym miejscem. Usiąść na widowni amfiteatru, zamknąć oczy, zobaczyć w wyobrażani sztuki jakie tu wystawiano, dać się porwać przez wiwatujący tłum.

Odwiedzając Demre warto także zajrzeć do wspaniałej bizantyjskiej bazyliki św. Mikołaja. Świątynia ta wzniesiona została w w IX wieku na polecenie cesarza Konstantyna IX (1000-1055). Przypuszcza się, że to właśnie w tym kościele w sarkofagu złożone zostały po śmierci relikwie św. Mikołaja.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do hotelu Castle Resort and Spa w Sarigerme, gdzie czekało na nas wiele kolejnych atrakcji 🙂

Turcja – kraj szafranem pachnący

Turcja od dawna była na mojej liście „Must see”, ale na jakiejś dalszej pozycji. Myślałam, że w tym roku zobaczę Gruzję lub Maroko, o których marzę od dawna.  Jednak kiedy na początku roku Monika przesłała mi kilka ofert wyjazdu do Turcji i padło pytanie „Jedziemy, prawda?”, chęć kolejnej podróży i zobaczenia nowych miejsc była tak duża, że się zgodziłam. Wybrałyśmy Wybrzeże Likijskie. Spontanicznie. Dopiero potem zaczęłam się zastanawiać czy dobrze zrobiłam. Kierunek w sumie ok, bezpieczny, poza tym moja ulubiona forma odpoczynku czyli objazdówka. Ale biuro jakieś nieznane, a jak nas zostawią gdzieś na lotnisku albo będziemy mieszkać w tragicznych warunkach… Obawy, jak się później okazało, zupełnie bezpodstawne. Ostatecznie były to jedne z moich najlepszych wakacji w życiu, chociaż wiadomo że i niewielkie minusy też się pojawiły.

Nasza „babska” wyprawa zaczęła się 20 kwietnia 2019 na warszawskim lotnisku Chopina, skąd tureckimi liniami Onur Air dostaliśmy się do Antalyi. Ponieważ wylot był późnym popołudniem, w Turcji byliśmy dopiero ok. 23. Odbiór bagażu, spotkanie z przedstawicielem biura i podział na grupy, których w sumie było 6, ale część jechała w inne zakątki kraju i tylko pierwszą noc spędziliśmy razem.  No i tak trafiłyśmy do naszego „P3”, razem z 26 innymi podróżnikami 🙂 Po zajęciu miejsc, pewnie każdy myślał już tylko o odpoczynku i szybkim dotarciu do hotelu. Ale o spokoju można było tyko pomarzyć, to wszedł ON – Halil Elci, jak się potem okazało wymarzony przewodnik wycieczek 😉

Halil – rodowity Turek, ale kochający Polskę i Polaków. Mieszkał w naszym kraju przez pół roku pilnie ucząc się polskiego, którym teraz włada biegle. Myślałam, że po pani Ninie, która 5 lat temu oprowadzała nas po włoskich miasteczkach, już nigdy nie trafię na tak dobrego przewodnika, a tu taka niespodzianka.

No i nie było drzemki w drodze do hotelu, tylko nauka podstawowych zwrotów po turecku. Już chyba zawsze będę pamiętać, ze „Günaydın” to „dzień dobry”, ale tylko do 10, potem to już trzeba powiedzieć „Iyi günler”. A gdy chcemy komuś za coś podziękować to z uśmiechem mówimy „Cok teşekkür ederim”… I tak ćwicząc o północy swoje języki i zdolności językowe docieramy do Grand Ring Hotel, naszej kwatery na pierwszą noc. Po powitaniu i rozdaniu kart do pokojów, kolejne zaskoczenie – mimo tak późnej pory, na polskie grupy czekała kolacja. Objedzone i nieziemsko zmęczone, idziemy spać około 1.30, aby kolejnego poranka wstać o 6.40 i ruszyć na podbój kraju szafranem i anyżkiem pachnącym 🙂

Nie wiem ile dokładnie przejechaliśmy kilometrów podczas tego tygodnia, ale z moich obliczeń z wujkiem Google wychodzi, że ponad 1100 km. W czasie przejazdów nudy nie było! Wiadomo, piękne widoki za oknem, ale nie tylko…

Halil, tak jak pani Nina potrafił bardzo szybko zintegrować naszą grupę, praktycznie od razu staliśmy się „rodziną”, jak potem często o sobie też mówiliśmy.  Większość grupy to osoby 60+, więc oprócz 14-letniej Wiktorii, byłyśmy z Moniką najmłodsze. Ale dzięki niemu nie było czuć tej różnicy, wszyscy świetnie się dogadywali i bawili.  Każdego dnia w drodze do zwiedzanych miejsc, oprócz opowieści o tym gdzie właśnie jedziemy i historii tego miejsca, mieliśmy też „wykłady” na inne ciekawe tematy. Tak więc był dzień z opowieściami o tureckich ślubach i pogrzebach, dzień o islamie, a także o pierwszym prezydencie Turcji – Ataturku. Dowiedzieliśmy się też ile kosztują mieszkania w Side czy ile zarabia np. nauczyciel oraz o tym, że prawie wszystko pochodzi z Turcji, nawet Czerwony KapTUREK 😉

Nigdy nie miałam w zwyczaju, aż tak chwalić biur podróży, ale tutaj mogę zrobić to z czystym sumieniem. Sama na pewno jeszcze nie raz skorzystam z wycieczek do Turcji organizowanych przez Premio Travel.

A was zapraszam do lektury kolejnych wpisów, w których postaramy się pokazać, jak fascynująca jest ojczyzna Ataturka.

 

 

Felicità di l’Italia cz.2 – Śladami miłości, czyli legendy Werony

Ahoj Panie Kapitanie!!! Ups…to nie ta bajka, rejs się już skończył. Teraz pora na romantyczną historię miłosną, czyli pewnego dnia w Weronie.


Przypuszczam, że większość z was zna dramat Williama Szekspira „Romeo i Julia” i najsłynniejszą parę kochanków. Ja do dziś wspominam, z filmowej adaptacji utworu, przystojnego Leonardo DiCaprio w roli Romeo 😉

Ogród Kapuletów. Wchodzi Romeo.

ROMEO
Patrz, jak na dłoni smutnie wsparła liczko!
O! gdybym mógł być tylko rękawiczką,
Co tę dłoń kryje!

JULIA
Konflikt, Krew, Miłość, Rodzina

Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo!
Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę!
Lub jeśli tego nie możesz uczynić,
To przysiąż wiernym być mojej miłości,
A ja przestanę być z krwi Kapuletów.

Tam byłam, w ogrodzie Kapuletów, patrzyłam na przepiękny balkon Julii, a nawet na nią samą. Już chciałam wejść na balkon i wołać mojego Romeo
”Gdzieżeś jest Ukochany?” gdy dowiedziałam się straszliwej prawdy.
W czasach, w których teoretycznie żyli sławni kochankowie nie było tego balkonu, wtedy czar prysł… Nie to jednak było najgorsze. Nie ma ewidentnych dowodów na to, że Julia, czy Romeo naprawdę żyli, to był prawdziwy cios. Nie żebym wierzyła w prawdziwość tych postaci, a przede wszystkim ich miłości, ale było to tak pięknie miłe wyobrażenie 🙂 Miałam nadzieję, że ktoś taki żył i był ich pierwowzorem, jednak są to postaci w pełni fikcyjne. Wszelako rodziny Capuleti i Montecchi są prawdziwe (ulice od ich nazwisk również) i miłość – ona zawsze jest realna. Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym czy miłość może być zmyślona? Otóż autor nieważne czy dramatu, romansu, kryminału nie napisałby tak pięknie o miłości gdyby jej nie znał. Ona zawsze istnieje, dlatego jestem przekonana, że taka para kochanków jaką opisał Szekspir żyła w swoich czasach. Stało się! Znowu odpłynęłam trochę za daleko. Poniosło mnie.

Balkon Julii.

Najistotniejsze to legenda, która dotyczy Julii, a zapewne większości nieznana. Otóż naturalnej wielkości posąg Julii stoi pod jej balkonem w ogrodzie i mówi się, że kto złapie za jej prawą pierś i wypowie życzenie może oczekiwać jego spełnienia. Warunkiem jest prawdziwość pragnienia oraz tematyka, ponieważ spełniają się tylko marzenia miłosne. Możecie mi wierzyć na słowo, że kolejka do posągu momentalnie powstała ogromna. Do dziś jednak zastanawia mnie fakt, w jakim celu ustawiali się tam kobiety i mężczyźni w związkach małżeńskich w każdym wieku? Szukali przygód? Kto wie… Taka ciekawostka – prawdopodobnie po raz ostatni w tym roku obmacywanie Julii było bezpłatne. Natomiast wejście na balkon aktualnie kosztuje 7 EUR (czerwiec 2017).

Naturalnej wielkości posąg Julii.

Sama Werona jest po prostu urocza. Małe uliczki, niektóre bardzo eleganckie, wyłożone marmurem. Gustowny ryneczek z pamiątkami wszelakimi (mnóstwo drobiazgów o tematyce bajki „Pinokio”). Werona jest jednym z najbogatszych miast północnych Włoch. Czy wiedzieliście, że amfiteatr z czasów rzymskich można podziwiać również tutaj? Gdybyście kiedyś Drodzy Czytelnicy wybierali się do Włoch to do Werony na pewno warto zajrzeć. 

Ulice wyłożone marmurem.

Historia jeszcze jednej osobistości łączy się z Weroną. Mianowicie Maria Callas, utalentowana śpiewaczka operowa (sopran dramatyczny). W kwietniu 1949 Callas poślubiła w Weronie bogatego przemysłowca Giovanniego Battistę Meneghiniego. Wcześniej jednak Giovanni zachwycony Marią przez dwa lata starał się o jej względy, jak widać z sukcesem.

Kolejna ciekawostka 🙂 W dzisiejszych czasach każdy polityk startujący w wyborach obiecuje mieszkańcom metro, jednocześnie zdając sobie sprawę, że jest to niemożliwe (zbyt liczne zabytki).

Aby was nie zanudzić bardzo długim wpisem, na razie zostawiam was w mieście Romea i Julii. Za to w ostatniej już części z serii  Felicita di l’Italia przeniesiemy się do słynnej stolicy mody – Mediolanu oraz do Vicenze i Bussolengo. 

Felicità di l’Italia cz.1 – Jezioro Garda

Al Bano i Romina Power już w 1982 roku wiedzieli czym jest szczęście, bo o nim śpiewali. 

Ta piosenka to moje dzieciństwo – słoneczne, pełne szczęścia i radości. Tak też kojarzyły mi się Włochy, dlatego odkąd pamiętam marzyłam o wyjeździe do tego kraju.

Najpierw pokochałam włoskie jedzenie: spaghetti, lasagne, tortellini, włoska kawa, to zdecydowanie moje klimaty. Później poznawałam tą kulturę przez język, którego nieco się nauczyłam. Niektórzy mówią także, że jestem w dodatku obdarzona włoskim temperamentem. Włosi nikomu nie kojarzą się z powagą. Uchodzą raczej za lekkoduchów, bardzo wesołych i energicznych. Są narodem bez kompleksów. Nie oceniają ludzi po wyglądzie, akceptują siebie i innych takimi jakimi są, może to jest ich recepta na szczęście.

Niestety mężczyźni to straszne maminsynki. Jak usłyszałam kawał opisujący typowego Włocha wybiłam sobie z głowy takiego partnera: Dzwoni mama Włocha do lekarza i skarży się, że jej syn nie chce pić mleka z piersi, bo mówi, że się do biura spóźni 🙂 MAMMA MIA! W tym wieku to już chyba co najmniej niewskazane. No, ale do brzegu…wiosłuję, wiosłuję i nadal nie przeszłam do najważniejszego.

Podejrzewam, że moje opowiadania o Włoszech nie skończą się jednym wpisem, więc spokojnie możecie liczyć na małą serię. A dlaczego? Prawdopodobnie zostawiłam tam swoje serce… Jestem absolutnie pewna, że tam wrócę. Marzę o tym, żeby jeszcze raz w tym roku, ale urlopu coraz mniej.

W pierwszej części chciałabym przybliżyć wszystkim jezioro Garda – położone w północnych Włoszech, największe i najczystsze jezioro tego kraju. Znajduje się w połowie drogi między Wenecją a Mediolanem, otoczone szczytami Prealpi Gardesane.

Nazwa jeziora pochodzi od miejscowości Garda. Wcześniej – do XII wieku – nosiło ono nazwę Lago Benàco.

Razem z całą grupą, wyruszyłam z małego miasteczka Bardolino w relaksujący rejs statkiem. A właściwie był to prom, który niczym autobus, tylko na wodzie, zatrzymywał się na poszczególnych przystankach.

Wokół jeziora Garda znajduje się wiele miasteczek turystycznych i kurortów. Panuje tu łagodny klimat z roślinnością śródziemnomorską. Wokół jeziora są miejscowości z zabytkową zabudową (historyczne centra miast, dawne zamki i fortece) oraz dobrze zagospodarowanymi plażami żwirowymi z łagodnym zejściem do jeziora. Północna część jeziora – bardziej górzysta i wietrzna – jest odwiedzana przez windsurferów. W południowej części jeziora woda jest cieplejsza, znajdują się tam liczne kempingi, parki rozrywki oraz źródła termalne.

Na jeziorze można podziwiać wiele mniejszych i większych wysp. Największa z nich to Isola del Garda położona około 200 metrów od przylądka Capo San. Na południe od Isola del Garda znajduje się Isola San Biagio, nazywana Wyspą Królików. Pozostałe trzy znaczące wyspy: Isola dell’Olivo, Isola di Sogno i Isola di Trimelone, leżą w północnej części jeziora, w pobliżu wschodniego brzegu.

Wydłużony kształt jeziora oraz jego znaczna długość i głębokość jest typowa dla jeziora polodowcowego. Lodowiec ten wypełnił i pogłębił istniejącą dolinę górską, a następnie wypłynął na przedpole.

Początkowo wszystkim wydawało się, że prawie 3 godzinny rejs będzie totalną nudą. Przyjemnie jednak byłyśmy zaskoczeni, ponieważ okazało się, że oszałamiające widoki rzuciły na nas urok i nawet nie zauważyłyśmy kiedy minął ten czas. Rejs zakończyliśmy ze smutkiem w pięknej Riva del Garda. Myślałam, że już nic nie będzie tak piękne jak miniony czas, ale kawa w restauracji przy brzegu jeziora hmm…cudownie. Siedziałam w restauracji, a przed sobą miałam granatową taflę wody i sięgające nieba szczyty gór. Było obłędnie… Przy okazji szukania pamiątek w okolicznych sklepach trafiłam, co się okazało, na mój ulubiony sklep (I vizi delle donne) – zajrzyjcie tam szukając upominków.

Śmiało i z pełną odpowiedzialnością mogę polecić wycieczkę nad jezioro Garda. W kolejnym wpisie Verona i Vicenza oraz ciekawe historie z nimi związane. Bo w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, w każdym razie mam taką nadzieję 😉

Ogrody Keukenhof – ocean kwiatów

Holandia – kraj tulipanów, wiatraków, wszechobecnych rowerów i cukierków z lukrecją. 3 lata temu miałam okazję przez jakiś czas tam mieszkać i studiować. Do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem jaki wywarł na mnie ten kraj. Czysto, zielono, wspaniali i pomocni ludzie i to „coś”, co tak mnie urzekło. W tygodniu pochłaniały mnie badania prowadzone na uczelni w Wageningen, ale weekendami zwiedziłam wiele wspaniałych miejsc: Arnhem, Amsterdam, Hagę, Oterllo…. Podczas swojego pobytu, nie dotarłam jedynie do Ogrodów Keukenhof, uważanych za jedne z najpiękniejszych na świecie.

Po latach zdecydowałam, że koniecznie to miejsce muszę „odhaczyć” na liście tych zwiedzonych. Klamka zapadła – weekendowa wycieczka wykupiona. Nawet 2 noce które miałam spędzić w autokarze mnie nie przerażały 🙂

Wejście do Ogrodów Keukenhof.

Ogrody Keukenhof znajdują się w miejscowości Lisse, zaledwie 30 km na południowy zachód od Amsterdamu. Nazwa w wolnym tłumaczeniu, oznacza „kuchenny ogród”. Została ona zaczerpnięta z XV wieku, kiedy hrabina Bawarii, Jacoba van Beiern, spacerowała miejscowymi lasami i łąkami w poszukiwaniu ziół, owoców i warzyw, z których przyrządzała potrawy w swojej kuchni. Ogród oficjalnie trafił na listę atrakcji turystycznych w 1949 roku, kiedy z inicjatywy burmistrza 20 producentów kwiatowych cebulek postanowiło stworzyć tymczasową wystawę własnych okazów. Pomysł przypadł do gustu Holendrom, a już kolejna edycja, która odbyła się rok później, ściągnęła do Lisse 236 tysięcy gości. Dziś to miejsce uznaje się za atrakcję o międzynarodowej sławie.

Ogrody zostały zaprojektowane w stylu angielskim przez parę znanych architektów krajobrazu o nazwisku Zocher. Każdego roku ogrodnicy sadzą ręcznie ponad 7 milionów kwiatów cebulowych ponad 1600 różnych odmian: m.in. tulipany, żonkile, hiacynty i szafirki. Na obszarze 32 ha prezentowane są kompozycje tworzące kolorowe kobierce. Jesienią cebulki kwiatowe wsadzane jest do ziemi. Ogród otwierany jest dla zwiedzających tylko przez 2 miesiące – od połowy marca, kiedy rośliny zaczynają kwitnąć, do połowy maja, kiedy okres kwitnienia się kończy. Po zamknięciu ekspozycji cebulki są wykopywane i po okresie spoczynku, jesienią znów wsadzane, aby wiosną zaprezentować zwiedzającym nowe odmiany, kolory i kompozycje.

W tym roku tematem przewodnim jest „Holenderskie wzornictwo” („Dutch Design”.). Stąd m.in. w ogrodzie odtworzono, sadząc 80 000 kwiatowych cebulek, jeden z abstrakcyjnych obrazów Pieta Mondriaana. W ten sposób powstała niezwykła mozaika o powierzchni 250 metrów kwadratowych.

Holendrzy są znani z tego, że ich przydomowe ogródki to najważniejsza cześć ich posiadłości, pieczołowicie je pielęgnują niejednokrotnie wydając na to fortunę, lecz to, co możemy obserwować tutaj jest jeszcze doskonalsze. Niejednokrotnie można obserwować ogrodników, którzy wbijają cieniutki drut, który posłuży jako wsparcie dla każdej sztuki hiacynta. Zazdrość budzą idealnie posiane i przystrzyżone trawniki. Aby otrzymać tak spektakularny widok, co roku jest tu wysiewane około 7000 kg trawy. 

Ogrody Keukenhof wymagają poświęcenia przynajmniej całego dnia na zwiedzanie, tak, aby niespiesznie móc przejść się przez wszystkie z ponad 15 km dostępnych alejek. Zwiedzać można także pawilony, w których znajdują się bardzo interesujące odmiany roślin, w tym największą na świecie kolekcję orchidei. Można się również zapoznać z całym cyklem produkcyjnym roślin cebulowych. Nazwy pawilonów nawiązują do imion członków rodziny królewskiej. 


Dla chętnych realizowane są około godzinne rejsy łódką wśród tulipanowych pól (8 euro – kwiecień 2017). 

Oczywiście, jak w każdym ogrodzie z prawdziwego zdarzenia i w ogrodach Keukenhof nie może zabraknąć labiryntu i różnych zakątków wodnych oraz malowniczych zagród ze zwierzętami, ustronnych zaułków, w których można odpocząć.

W Keukenhof wprowadzono szereg udogodnień dla osób niepełno – sprawnych. Równie serdecznie wita się tutaj dzieci, dla których przy wejściu można wypożyczyć wózek spacerowy, a także… psy. Psy trzymane oczywiście na smyczy i niezagrażające bezpieczeństwu innych zwiedzających. 

21 kwietnia przed bramą Keukenhof przejechała parada kwiatów Bloemencorso. Parada Bloemencorso jest jedną z najbardziej znanych parad kwiatowych na świecie. Kilkanaście platform i aut ozdobionych wspaniałymi kwiatowymi kompozycjami zachwycało swoim wyglądem i zapachem.  



Największym minusem tego miejsca, są ogromne ilości ludzi, którzy przyjeżdżają z całego świata, aby móc podziwiać wspaniałe rabaty kwiatowe. Tak więc można zapomnieć o możliwości spacerów w ciszy i spokoju w tym urokliwym miejscu. Jednak i tak warto zawitać tutaj. 

Wiedeńska magia świąt

Coraz bliżej Święta, coraz bliżej Święta….a Ty ich nie czujesz? Nic się nie martw, bo są niezawodne sposoby na takie dolegliwości. My serdecznie polecamy jarmarki bożonarodzeniowe organizowane najczęściej już od połowy listopada w każdym większym mieście.

Nas w tym roku skusiła Austria i nie zawiodłyśmy się. Bowiem najpiękniejsze wiedeńskie place przemieniły się w czarujące jarmarki i kusiły nas aromatem ponczu (Orangenpunsch) i smakołyków (Käsekrügel – kiełbasa z serem w środku, którą spróbowałyśmy w wiosce świątecznej na placu Maria-Theresien-Platz, pomiędzy Muzeum Historii Sztuki a Muzeum Historii Naturalnej). Niesamowicie świąteczna atmosfera podgrzewana dodatkowo gorącym winem 😉 Przedświąteczny nastrój zapewniały również chóry muzyki gospel i występy zespołów muzycznych.

W Wiedniu jest 11 jarmarków, z czego nam udało się zobaczyć kilka. Najlepszy poncz wypiłyśmy na Stephanplatz. Podawany on jest w przepięknych kubkach, Co ciekawe na każdym z wiedeńskich jarmarków można spotkać inny kształt kubka: zwykłe lub w kształcie buta czy serca. Obowiązuje na nie kaucja, którą możemy odzyskać po wypiciu napoju lub, gdy kubek nam się bardzo spodoba, zabrać go ze sobą na pamiątkę. Wokół Stephanplatz znajduje się najwięcej sklepów z oryginalnymi pamiątkami.

Kubki z ponczem ze Stephanplatz. Oczywiście zabrałyśmy na pamiątkę.

W drodze ze Stephanplatz pod Ratusz będziecie mijać kawiarnię Demel znajdującą się przy ulicy Kohlmarkt 14. Koniecznie do niej wstąpcie na przepyszną kawę i kawałek tortu Sachera. Demel jest jedną z najbardziej znanych wiedeńskich kawiarni. Jej wnętrze jest bardzo klimatyczne, a obsługa przemiła. Oferta słodkości może przyprawić o zawrót głowy, ceny też 🙂 W głębi lokalu znajduje się pracownia cukiernicza, gdzie zza szyby można obserwować pracę tutejszych mistrzów

Kawiarnia Demel przy ul. Kohlmarkt 14.
Świąteczna witryna kawiarni Demel.
Ech, i jak tu nie wejść do środka…

Na placu Ratuszowym przywitała nas ustawiona na wejściu kilkumetrowa brama w kształcie łuku ze świeczkami oraz wielki napis Frohes Fest oraz Frohe Weihnachten (Wesołych Świąt). Wiele stoisk oferuje tradycyjne prezenty: ozdoby choinkowe, wyroby rzemiosła artystycznego, czapki, słodkości, przepięknie pachnące świeczki... Jeśli nie masz pomysłu na prezent i szukasz inspiracji to tam z pewnością coś znajdziesz. Jak się dowiedziałyśmy, po raz pierwszy była możliwość jazdy na łyżwach po dwóch dużych ślizgawkach oraz licznych ścieżkach wiodących przez park. Dodatkową atrakcją, oprócz 4500 m² powierzchni lodu, była austriacka gra „Eisstockschießen”, przypominającą do pewnego stopnia curling.

Bombki – do wyboru do koloru. Śliczne, ale cena niektórych powalała.


Przejechałyśmy 1500 km, by poczuć magię Świąt i zabrać ją do domu – cel osiągnięty. Jedyny mało przyjemny aspekt naszej podróży to kradzież portfela, ale teraz możemy udzielić Wam rady, co robić w takim przypadku będąc za granicą. Poza tym nie umknęło naszej uwadze, że po zmroku na ulice wyszło bardzo wielu uchodźców. Przygotujcie się także na ogromne tłumy zwłaszcza pod wieczór, więc jeśli jesteście charakterami stroniącymi od skupisk ludzkich zastanówcie się czy w ogóle jechać. 

Wszystko pięknie, ale pamiętajcie… „Najlepsze prezenty ukryte są w sercach.” 🙂

Niagara Europy

Przejechać blisko 2300 km tylko po to by zobaczyć wodospady i wyspę z ogrodem botanicznym? Czyste szaleństwo? Nie dla nas! Podczas długiego sierpniowego weekendu, z jednym z biur podróży, wybrałyśmy się do Szwajcarii.

Zwiedzanie zaczęłyśmy od wodospadu Rheinfall, który jest największym pod względem przepływu wodospadem Europy. Położony jest na przełomie Renu w miejscowości Neuhausen w Szwajcarii. Woda z ogromną prędkością uderzająca o skały i rozpryskująca się na wszystkie strony delikatną pianą muskała nasze twarze. Powietrze było przesiąknięte wilgocią i słońcem. Przy tak wyjątkowym pokazie potęgi i piękna natury wszystko inne wydaje się mało istotne. Dziś odnosimy wrażenie, że to było jak sen. Jednak czysto naukowe statystyki nie kłamią:

– średni przepływ letni: 600 m³/s

– średni przepływ zimowy: 250 m³/s

– najmniejszy przepływ w historii – 1921 r., 95 m³/s

– największy przepływ w historii – 1965 r., 1250 m³/s.

Wodospad Rheinfall.

Zamek Laufen na skale.

Kulminacyjnym punktem tej części wycieczki był rejs niewielkim stateczkiem  do skały, na którą można było wdrapać się i stamtąd  podziwiać wodospad w całej okazałości. Czując jego energię na własnej skórze. Każdy zmysł był tego dnia rozpieszczany do granic możliwości: wzrok – cudownym pejzażem, słuch – kojącym szumem wody, a dotyk i węch – chłodną bryzą. Jesteśmy całkowicie oczarowane tym miejscem. Jeśli będziecie chcieli je odwiedzić, to polecamy jechać tam z samego rana, gdy nie ma jeszcze tłumów.

Dla miłej odmiany, by zamiast stać, trochę pochodzić lub usiąść na cudownie zielonej i miękkiej trawie, udałyśmy się na wyspę Mainau, zwaną również Wyspą Kwiatów. Jest ona położona w północno -zachodniej części jeziora Bodeńskiego. Ze względu na wilgotny mikroklimat możliwa jest tutaj uprawa egzotycznych roślin. Oczywiście jak prawie z każdym znanym miejscem i z tym związana jest pewna piękna, romantyczna historia. W 1932 książę hrabia Lennart Bernadotte odmówił ożenku z wyznaczoną księżniczką, wybrał drogę miłości, której imię Karin Emma Louise Nissvandt. Popełniając mezalians został pozbawiony praw do dziedziczenia tronu. Zamieszkał na wyspie Mainau, a jego miłość z powodu licznych podróży przybrała wymiar kwiatowej wyspy.

Prócz licznych i przepięknych roślin, a zwłaszcza witającego zwiedzających…kwiatka z kwiatków, wyspa to atrakcja turystyczna nie tylko dla dorosłych, ale również dla dzieci. Czeka tam na nie interesujący plac zabaw oraz różnego rodzaju zwierzęta jak kucyki i kozy. Spacerowałyśmy, nie licząc kąpieli w jeziorze, ponad dwie godziny, a i tak nie zdążyłyśmy nacieszyć się całą wyspą.

Przed powrotem do domu, czekała nas jeszcze wizyta w Konstancji. Nie chciałybyśmy psuć Czytelnikom humoru piękną historią, która ma słabe zakończenie. Jednak Monika pamięta Konstancję sprzed 15 lat. Wyglądała wtedy zupełnie inaczej i inne wrażenie wywierała. Dziś to tylko brud i sterty śmieci. Przez ostatni kryzys imigracyjny, co kawałek ktoś prosił o datki. Jedynym elementem godnym uwagi pozostaje budynek z XVI wieku, w którym przyjmowano biskupów i pomnik Imperii u wejścia do portu. Imperia upamiętnia sobór, który obradował w tym mieście w latach 1414 – 1418. Autorem pomnika, który odsłonięto w 1993 roku, jest Peter Lenk. Betonowa statua przedstawia kobietę trzymającą w dłoniach dwóch nagich mężczyzn. Postać w lewej dłoni przedstawia papieża Marcina V, którego wybór na konklawe w 1417 zakończył schizmę w Kościele rzymskim, ta w prawej natomiast przyszłego cesarza Zygmunta Luksemburskiego, który doprowadził do zwołania soboru. Obaj przyodziani są tylko w insygnia władzy – król rzymski nosi koronę, papież zaś tiarę.

Pomnik Imperii w Konstancji na tle Alp.

Kto by pomyślał, że w tak krótkim czasie zrealizujemy napięty plan i będzie to tak przyjemne. Gdyby nie Mary, która musiała wpaść na pomysł szalonych zakupów po drodze, przy okazji byłaby to niedroga impreza 🙂 Obie jesteśmy bardzo zadowolone, to był miło i pożytecznie spędzony czas.